Pruszkowiak

Pruszkowiak Mój nowy pomysł - Projekt Pruszkowiak - ma za zadanie pokazać osoby z Pruszkowa i okolic

03/05/2022

Moi Drodzy,

Po 4 latach działalności, setkach ciekawych spotkań i unikatowych historii nadszedł czas, żeby powiedzieć STOP.
Zawieszam Projekt Pruszkowiak.
Brak czasu, proza życia i wiele innych czynników wymusiły podjęcie niełatwej dla mnie, ale na ten moment jedynej słusznej, decyzji. To nie jest jednak moje ostatnie słowo, tylko chwila oddechu potrzebna na złapanie dystansu i naładowanie akumulatorów.

Projekt nie znika z sieci całkowicie. Historie bohaterów nadal znajdziecie na stronie internetowej pruszkowiak.pl. Pozostaję do Waszej dyspozycji również w Social Mediach.

Z tego miejsca chciałem bardzo podziękować Magdalena Kozacka, za cały ten czas, jaki ze mną wytrzymała, pomagając nie tylko mnie przy projekcie, ale przede wszystkim Wam w tworzeniu Waszych historii.
Magdę możecie cały czas znaleźć pod adresem www.magdakozacka.pl – gdzie zajmuje się tworzeniem stron internetowych.

Na koniec dziękuję Wam – Pruszkowiakom. Tak naprawdę to Wy od początku do końca tworzyliście ten projekt. Dziękuję za każde zdjęcie, na które się zgodziliście; za możliwość zajrzenia do Waszego życia i za to, że tak chętnie dzieliliście się z innymi Waszymi historiami. Dziękuję nie tylko bohaterom, ale również Obserwatorom – za to, że byliście zawsze i pomimo wszystko. Bo Pruszkowiak to ludzie. Nic się w tej kwestii nie zmieniło 🙂

Tymczasem do zobaczenia!

Maciej Bochnowski

Dorota Smak Kim jestem? Jaka jestem? To pytania nie do mnie, nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć. Kiedyś powiedziała...
27/04/2022

Dorota Smak
Kim jestem? Jaka jestem? To pytania nie do mnie, nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć. Kiedyś powiedziałabym, że zwykła dziewczyna z osiedla, mistrzyni zamieszania i społeczniczka. Dzisiaj…, że zwykła kobieta, pruszkowianka od pięciu pokoleń. Zacznijmy jednak od początku. Nazywam się Dorota Smak, mam 37 lat i na koncie dwójkę najwspanialszych dzieci — Kacpra i Ewę. W Pruszkowie mieszkam od urodzenia. To miasto mnie wychowało i ukształtowało. Tutaj chodziłam z babcią do sklepu Pani Sasankowej, z mamą do Stacha po zakupy, najlepszą oranżadę piłam w zieleniaku u Pani Ewy na Plantowej i jadłam najlepsze zapiekanki z budki przy basenie. Pamiętam bar „Miś” i pyszną coca-colę w szklanej butelce. Pamiętam przysypianie na schodach SDH-u, gdy mama stała w długiej kolejce. Pamiętam cudne WZ-ki w kawiarni przy ul. Chopina (w miejscu obecnego przedszkola, wcześniej przychodni rehabilitacyjnej). Pamiętam spotkania przy czołgu i występy w Spółdzielczym Domu Kultury przy ul. Niepodległości. Pamiętam naszą osiedlową bandę i lodowisko na Potuliku. Edukację zaczęłam w Szkole Podstawowej nr 2, w czasach kiedy nosiła imię fińskiego polityka, a za prawidłowe napisanie jego nazwiska dostawało się piątkę w drugiej klasie. Do „Dwójki” czuję ogromny sentyment. To właśnie w tej szkole pod okiem wspaniałych pedagogów stawiałam pierwsze kroki w działalności społecznej i charytatywnej. Od samego początku grałam w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy ze sztabem przy szkole. I tak mi zostało do dzisiaj, teraz gram razem z moimi dziećmi. Po ukończeniu edukacji w szkole podstawowej nadszedł czas wyboru szkoły średniej. Od samego początku wiedziałam, że będzie to jedno z pruszkowskich liceów. Podtrzymując tradycję rodzinną, wybrałam Liceum Ogólnokształcące im. Tomasza Zana. Ze szkoły, w której było ponad 1000 uczniów, trafiłam do rodzinnego i kameralnego liceum. Ten czas upłynął mi przede wszystkim na zawieraniu nowych znajomości, na szukaniu pasji i poznawaniu siebie. Cztery lata pięknej przygody pod okiem wymagających profesorów. Ogromna wewnętrzna potrzeba kontaktu z ludźmi oraz chęć niesienia pomocy innym zdefiniowała decyzję o dalszej nauce. Porzuciłam plany związane z dziennikarstwem i wybrałam szkołę medyczną. Moja pierwsza i każda następna praca (z małymi wyjątkami) – oczywiście w Pruszkowie. I tak przez 13 lat upłynęło mi na pracy w aptece, gdzieś w międzyczasie zostałam też podwójnie mamą. Dzieci nauczyły mnie pokory, determinują bardzo to, kim jestem i tak naprawdę cały mój świat kręci się wokół nich. Co najważniejsze to dla nich zdecydowałam się na wielką zmianę w życiu. Porzuciłam pracę w zawodzie, aby być bliżej i bardziej z nimi. Od samego początku wpajam im wartości, jakie uważam za słuszne, uczę pracy społecznej i pokazuję, że mają wpływ na swoje życie. Przeorganizowanie życia pozwoliło mi na powrót do rzeczy, które sprawiają mi radość. Z ogromną przyjemnością pełniłam przez kilka lat funkcję przewodniczącej RR w Przedszkolu Miejskim Nr 9. Wtedy znowu poczułam, ile frajdy daje mi uśmiech drugiego człowieka. Nowa praca, w jednym z pruszkowskich liceów pozwoliła mi z kolei rozwinąć się w zupełnie innym kierunku, a codzienny kontakt z młodzieżą sprawia, że czuję się szczęśliwa. Kilka miesięcy temu stwierdziłam, że muszę zacząć walczyć o lepszą przyszłość dla moich dzieci. Uczę ich szacunku, wrażliwości, miłości i dobroci. Ich przyszłość maluje się jednak w szarych i restrykcyjnych barwach. Postanowiłam więc pokazać im jeszcze, że w życiu trzeba mieć odwagę. I tak zaczęła się moja kolejna przygoda. Część osób poznała mnie w czasie strajków kobiet w Pruszkowie. Zaangażowałam się w tworzenie funpage’a wspierającego walkę kobiet, jestem współautorką projektu ustawy nadania nazwy rondu 100-lecia Praw Kobiet, razem z koleżanką zapoczątkowałyśmy w pruszkowskich placówkach oświatowych Różowe Skrzyneczki. Planów na przyszłość wciąż mam całe mnóstwo. Każdy związany jest z naszym miastem. Lubię twarze mijane na ulicy, uwielbiam obserwować, jak zmieniają się mieszkańcy. Uwielbiam ten klimat — to trzeba poczuć . Pruszków to moja mała ojczyzna, tworzę ją razem z innymi mieszkańcami. To moje miejsce na ziemi, do którego będę zawsze wracać. Czego pragnę? Pragnę, aby moje dzieci tak samo mocno utożsamiały się tym miastem, aby kolejne pokolenia tworzyły to miejsce. Kim jestem? Dziewczyną z Pruszkowa!

Paulina Chełmicka

Cześć! Mam na imię Paulina i jestem zwykłą dziewczyną z Pruszkowa. To tutaj urodziłam się i w objęciach tego miasta wychowywałam. Moja relacja z Pruszkowem od zawsze jest „LOVE – HATE RELATIONSHIP” – z jednej strony ogromny sentyment, z drugiej… kto się czubi, ten się lubi 😉
Mimo różnych naszych perypetii Pruszków zawsze będzie mi bliski i wiem, że będę wiernie do niego wracać. To z nim właśnie wiąże się większość moich wspaniałych wspomnień – pierwszych przyjaźni, miłości, dramatów i radości. To właśnie to miasto, z małymi przerwami, było i jest towarzyszem w najważniejszych i najbardziej znaczących chwilach mojego życia.

Zacznijmy od początku – w roku 1989 urodziłam się w Szpitalu na Wrzesinie. Całe moje dzieciństwo związane jest ze Żbikowem – to w tej dzielnicy stawiałam swoje pierwsze kroki, wypowiadałam pierwsze słowa. Pamiętam beztroskie popołudnia spędzane w piaskownicy, niekończące się wiersze i śpiewy mojej prababci, dziecięce przyjaźnie i letnią zupę owocową. Sielskie krajobrazy „Glinek” od zawsze mi towarzyszą i zawsze wywołują przyjemne ukłucie w sercu – letnie kąpiele, zimowe łyżwy i długie spacery w promieniach zachodzącego słońca, niekończące się rozmowy. To właśnie te rejony były świadkami każdego etapu mojego życia, każdego stanu – wielu łez smutku i szczęścia.

Moja edukacja zaczęła się w Przedszkolu Miejskim nr 7 przy ulicy Słowackiego, które hojnie obdarowało mnie pięknymi chwilami beztroski, wzbudzało uśmiech i sprawiało wiele frajdy podczas pamiętnych teatrzyków i lekcji rytmiki – tak pamiętam . Potem cała nasza przedszkolna banda trafiła pod skrzydła pedagogów Szkoły Podstawowej nr 9 przy ulicy Mostowej – kartę pływacką, zdawaną na basenie przy ulicy Ołówkowej, noszę do dziś w portfelu, sic!

Potem przyszedł czas na odkrywanie kolejnych zakamarków miasta, jak i siebie, czyli czas gimnazjum. Powoli zaczęłam oswajać nowe rejony i kształtować własne „ja”. To w tym okresie trafiłam na zajęcia plastyczne do Młodzieżowego Domu Kultury i to właśnie one zapoczątkowały we mnie odkrywanie swojej ogromnej pasji, jaką jest dla mnie sztuka. A ta towarzyszy mi do dzisiaj i stała się nawet moim zawodem.

„Kościuch” to fantastyczny okres moich nastoletnich lat, ale także etap walki z własnymi demonami. To także najbardziej burzliwy czas pod względem odkrywania siebie, a zarazem początek największej przygody, jaką jest dorosłość. Nauczyłam się wówczas pokory i empatii do drugiego człowieka, efektem czego jest moja droga ku arteterapii, którą dziś wykorzystuję w pracy z pacjentami.

Odwaga, siła i determinacja to wartości, których uczę się codziennie na nowo i to one ponad rok temu zaprowadziły mnie na pruszkowskie ulice, aby walczyć o lepsze jutro, a właściwie to otworzyły nowy rozdział mojego życia pt. aktywizm społeczny. Tak powstał ruch „WPR w walce o Kobiety”, który współtworzę. W ramach jego działalności organizujemy społeczne projekty, mające na celu pomoc i edukację w zakresie równouprawnienia oraz dyskryminacji ze względu na płeć. W ramach ruchu powstał m.in. pomysł projektu ustawy o nadaniu nazwy Ronda 100-lecia Praw Kobiet, który został zrealizowany czy bardzo ważna dla nas inicjatywa wprowadzenia w pruszkowskich szkołach Różowych Skrzyneczek.

Niewątpliwie aktywizm społeczny i działalność na rzecz ruchu dają mi możliwość poznawania wspaniałych ludzi i wiarę w to, że dobrzy ludzie naprawdę istnieją. Nie zwalniam i nie chcę zwalniać tempa, bo jeszcze wiele przede mną działań w pruszkowskiej rzeczywistości, które są o nas, dla nas i z nami.

To ludzie tworzą miejsca i nadają im wyjątkowego znaczenia – Pruszków z pewnością jest wyjątkowy.

Magdalena ZawadaMam na imię Magda i dumnie nazywam się pruszkowianką.Urodziłam się w 1995 roku w szpitalu na Wrzesinie, ...
20/04/2022

Magdalena Zawada

Mam na imię Magda i dumnie nazywam się pruszkowianką.
Urodziłam się w 1995 roku w szpitalu na Wrzesinie, jako pierwsze dziecko moich rodziców. Początkowo mieszkaliśmy na Osiedlu Staszica w malutkiej kawalerce. W tamtym domu były dwa miejsca, w których można było mnie znaleźć – albo mościłam się na kanapie obłożona kocami i pluszakami (z honorowymi miejscami dla Kubusia Puchatka, Prosiaczka i Tygryska), albo siedziałam w kuchennej szafce z durszlakiem na głowie. Z osiedla przenieśliśmy się do bloku w okolicach stacji PKP, w momencie, w którym na świecie miała pojawić się moja młodsza siostra. To był rok 2001. Fajnie, bo chodziłam do przedszkola w parku Sokoła – więc miałam blisko. Obok też mieszkała moja ukochana babcia.

Bardzo lubiłam sam budynek – był nowy, ładny, kolorowy, a mieszkanie duże. Miałam też swój pokój, a mama nie bała się mnie puszczać na podwórko, bo było ogrodzone, z nowymi huśtawkami i czystą piaskownicą. Były też tam fajne dzieciaki, choć nieco starsze niż ja. Na rozłożystych gałęziach drzewek iglastych rozkładałyśmy razem z przyjaciółką domki dla lalek, z kolei wieczorami razem z kolegami ścigałyśmy się na rowerach albo rolkach, a kiedy indziej bawiliśmy się w policjantów i złodziei. Wtedy jednak Pruszków wyglądał zupełnie inaczej. Szczególnie tamta okolica była szara, bura i nieprzyjemna. Wiele ulic było nieoświetlonych, wiele budynków w ruinie, a asfalt odchodził płatami. Na rogu przy moim bloku bardzo często w nocy schodziły się grupy ludzi, które krzyczały i piły piwo. Potem butelki walały się po ulicy.

Do podstawówki chodziłam do „Ósemki” tak jak moja mama kiedyś i moja siostra później. Większość dzieci z mojej klasy mieszkała na Osiedlu Staszica i w jego okolicach. Niedaleko mnie – tylko jedna koleżanka. Z dziecięcą zazdrością patrzyłam na dzieciaki wracające wspólnie do domu, gdy ja zwykle szłam sama. Po drodze zawsze szły na plac zabaw albo do sklepu na lody. Już wtedy miałam poczucie, że w mojej okolicy nie ma nic fajnego i gdzieś tam daleko trawa jest bardziej zielona.

W tamtym czasie mama przyniosła mi do pokoju „Świat Wiedzy” i wyjątkowo przypadł mi do gustu segregator o człowieku. Godzinami i nierzadko po kilka razy czytałam te same artykuły, oglądałam zdjęcia i obrazki. W szczególności fascynował mnie szkielet i w moim pokoju przez długi czas wisiał rysunek ludzkiego szkieletu mojego autorstwa, na którym za pomocą kolorów i strzałek zaznaczyłam poszczególne kości. Nie jest to coś, co kogokolwiek w bliższej rodzinie zaskoczyło, bo z naukowo-medycznego światka wyrwał się tylko mój tata, mechanik. Myślę więc, że mamy te zajawki po prostu w genach.

Poszłam do Gimnazjum nr 1 i oczywiście biologia stała się moim ukochanym przedmiotem. W drugiej klasie tego przedmiotu zaczęła nas uczyć pani Małgorzata Czyż. Pani Gosia chyba wyczuła, że mam smykałkę do biologii i spędziła ze mną wiele godzin, poświęcając mnóstwo uwagi, aby przygotować mnie do olimpiady biologicznej. Nie było to łatwe, bo musiałyśmy materiał z dwóch lat przerobić w kilka miesięcy. Przy wsparciu mojej wychowawczyni, Pani Grażyny Leżyńskiej, udało się to wszystko jakoś zorganizować. I wygrałam. Wtedy po raz pierwszy miałam taką myśl – ja chyba naprawdę się do tego nadaję! Jednakże, jeżdżąc na kolejne etapy konkursu do stolicy, po raz pierwszy zetknęłam się z towarzystwem warszawskim. I pamiętam, jak bardzo zaskoczona byłam tym, że ludzie sądzą, iż Pruszków to jakaś mała wieś leżąca ze sto kilometrów od Warszawy...

Kolejnym krokiem w mojej biologicznej karierze była oczywiście klasa biologiczno-chemiczna. Wybrałam Liceum im. Dąbrowskiego w Warszawie, zlokalizowane tuż przy Nowym Świecie. Wtedy zaznałam życia! Jazda do Warszawy, do samego centrum, imprezy u znajomych w Warszawie, spotkania w Warszawie. Ach, ta Warszawa. To warszawskie życie i warszawskie sprawy. Zachłysnęłam się tą Warszawą. Wtedy zaczęło mi realnie przeszkadzać mieszkanie w Pruszkowie – a może też po prostu NIE w Warszawie.

Nie jestem rannym ptaszkiem, a mimo to zwykle musiałam wstawać o 6:00, by dojechać do szkoły na czas. Zimą to już w ogóle był dramat — co śnieg, co deszcz, to opóźnienia, czekanie na peronie, potem długie postoje i tak człowiek siedział dwie godziny w tym starym pociągu, w którym siedzenie parzyło, a podeszwy butów topiły się od kaloryfera pod fotelem rozkręconego na maksa. Wiecznie byłam spóźniona – nawet moja wychowawczyni zaczęła w pewnym momencie machać na to ręką, mówiąc: „No tak, biedne dziecko, ty to z Pruszkowa taki kawał musisz dojeżdżać”. Powroty też miały same minusy — zawsze trzeba było pilnować, kiedy następny pociąg, kiedy ostatni pociąg. Z każdej imprezy trzeba było wyjść wcześniej niż wszyscy albo nocować. A nie ma nic lepszego niż własne łóżko. W klasie mówili na mnie Pruszków. Warszawskie dzieciaki żartowały, że Pruszków to taka wieś gdzieś daleko od Warszawy, gdzie hodujemy krowy, a prąd mamy na korbkę. Śmieszne to było, ale w sumie trochę też nie.

Potem przyszła klasa maturalna i moment decyzji: co dalej? Moja rodzicielka marzyła o córce na medycynie. Czy córka o tym marzyła? Ciężko stwierdzić, chyba, może, w sumie nie wiem – na pewno nikt jej nie pokazywał, że są jakiekolwiek inne opcje niż biologia, biotechnologia, chemia, fizyka, dietetyka, fizjoterapia, technologia żywności, kosmetologia i wiele innych. Uczyłam się więc, aby zostać lekarzem. Nie zapomnę nigdy wyrazu twarzy mojej mamy, gdy pewnego dnia, dwa miesiące przed maturą oświadczyłam: – Mamo, nie idę na medycynę, idę na biologię na Uniwersytet Warszawski! Ale jak to? Nie medycyna? Ano nie. I co, tylko biologia? Tylko biologia. Tylko na UW? Tylko na UW. Ale może jeszcze jakiś kierunek? Może jeszcze gdzieś? Na wszelki wypadek? Nie tam mamo, luzik, będzie git.

Blady strach ją obleciał, a ja tylko w duchu modliłam się, by się dostać, bo inaczej byłby przypał – trzeba by było nie tylko znaleźć sobie zajęcie, ale jeszcze przyznać mamie rację! Udało się jednak. A studia były SUPER. Wyspecjalizowałam się w Zakładzie Cytologii, pracując na zarodkowych komórkach macierzystych, mięśniach szkieletowych i najbardziej emocjonujących nowotworach wśród nowotworów – potworniakach. Tak, to te z włosami i zębami w środku. Moje studia były bardzo intensywne. Prowadziłam warsztaty dla dzieci i licealistów z prowadzenia hodowli komórkowych, między innymi na słynnej „Nocy Biologów”. Wygłaszałam wykłady o komórkach macierzystych mięśni szkieletowych, m.in. na UniStem Day. Byłam stażystką w Instytucie Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej PAN oraz w Centrum Onkologii. Wyjechałam również na praktyki do MedImmune, renomowanego ośrodka badawczego w Cambridge. A wyniki badań, które prowadziłam w trakcie studiów, trafiły do anglojęzycznych publikacji. Jednakże ten ogrom doświadczenia praktycznego to nie wszystko, co wyniosłam ze studiów – najważniejsze i najcenniejsze jest to, jak te studia mnie zmieniły. Jak ukształtowały mój światopogląd, na przykład pokazując, że nie ma rzeczy czarnych lub białych. Że świat jest bardzo skomplikowany – bardziej, niż się spodziewałam. I że im więcej wiesz, tym mniej wiesz.

I całe studia miałam tylko jedną myśl w głowie – jak najszybciej wynieść się do Warszawy. Miałam dosyć dojazdów, kombinowania z powrotami, noclegów, płacenia krocie za bilety. Nie miałam ochoty ciągle biegać obładowana rzeczami, bo w końcu każda wyprawa do Warszawy to wyprawa na cały dzień. A jak czegoś zapomniałam, to koniec. Nie mówiąc o tym, że zawsze łatwiej było mi dojechać gdzieś, niż kogoś ciągnąć do siebie. Bycie w Warszawie, na miejscu, było po prostu wygodne. Przyznać jednak muszę, że Pruszków w tamtym czasie zaczął się mocno zmieniać – zaczęto remontować ulice, odnawiać budynki, stawiać nowe, ładne osiedla i nowe place zabaw; zbudowano również Nową Stację. Nie zaprzątałam sobie tym wtedy głowy – miałam klapki na oczach.

Skończyłam studia. Zostawiłam za sobą laboratorium i poszłam pracować w badaniach klinicznych – i pracuję tak już ponad trzy lata, zarządzając globalnym badaniem w obszarze onkologicznym. Jest to praca bardzo ciekawa, ale też trudna. Aby badanie kliniczne miało sens, musimy mieć ogromną wiedzę o potencjalnym leku, wszystkie procesy muszą być doskonale zaprojektowane i jeszcze lepiej zarządzane – ale nawet perfekcja w tym obszarze nie gwarantuje sukcesu, jakim jest wykazanie, że lek działa, a potem samo wprowadzenie go na rynek. Według mnie badania kliniczne to łącznik między naukowcami w laboratorium a lekarzami w szpitalu. To dzięki nam na rynku są nowe leki, które codziennie ułatwiają lub ratują życie dziesiątkom pacjentów. I to jest wspaniałe.

W międzyczasie przeprowadziłam się do tej upragnionej Warszawy. Moje biuro mieści się w centrum Mordoru i po początkowej radości, że dojazd zajmuje mi 20 minut, a nie godzinę, i że wszystko jest tuż obok, i wszędzie tak blisko, zaczęłam zauważać, jak ogromny hałas mi towarzyszy na co dzień, ile bodźców i jak wielki pośpiech. Jak wielu jest ludzi jak mało zieleni. I że wracam do domu taka okrutnie zmęczona. Okazało się, że plusy Warszawy są w moich oczach niewspółmierne do minusów. Gdy przyjeżdżam do Pruszkowa, by odwiedzić rodziców, czuję w sercu spokój. Święty spokój. Tu nie muszę niczego udowadniać. Nie muszę się spieszyć. Mogę się zatrzymać, pomyśleć. Spojrzeć w niebo i zobaczyć niebo, zamiast kolejnego baneru i kolejnego wieżowca.

Wokół jest cisza – nie ma pędzących samochodów, trąbiących tramwajów, wiecznych remontów i setek ludzi na ulicach. Jednak to, co jest najmilsze dla mnie – mam sentyment do wielu miejsc. Dla mnie to nie są tylko ulice, tylko sklepy, tylko usługi. Znam od lat tego pana, co sprzedaje guziki w pasmanterii, fryzjerka Magda strzygła połowę mojej rodziny, a ta pani z zoologicznego już zna mojego psa i mówi: „Kiedyś to się tak bał, a teraz taki słodki!”. I gdy idę parkiem, nie widzę parku – widzę miejsca, w których zdzierałam kolana, jeżdżąc na rowerze, i krzew forsycji, której gałązki rwałam mamie na prezent, i tę ścieżkę, którą zawsze szłam z babcią do cukierni. Tu mieszka ciocia, a tu mieszkał mój przyjaciel. I tak jest z każdym zakątkiem tego miasta. Moc pięknych wspomnień, które zamierzam przekazać swoim dzieciom właśnie tu, właśnie tak. Tego Warszawa nie ma i nigdy nie będzie miała. I za to Pruszków kocham i niczym córka marnotrawna już niebawem wracam w te okolice na stałe.

Z ogromnym smutkiem przyjęliśmy wiadomość o odejściu Macieja Powikrowskiego. Człowieka, który mimo przeciwności losu rea...
22/02/2022

Z ogromnym smutkiem przyjęliśmy wiadomość o odejściu Macieja Powikrowskiego.
Człowieka, który mimo przeciwności losu realizował swoje pasje i zarażał wszystkich wokół niesłabnącym optymizmem.
Do zobaczenia Maćku 🖤🕯

Przypominamy!Słyszymy się dzisiaj o 17 w  🎧Krzysztof Cyronek
20/02/2022

Przypominamy!
Słyszymy się dzisiaj o 17 w 🎧
Krzysztof Cyronek

Marta WnukPruszkowianką jestem od 10 lat, a dokładnie odkąd przeprowadziłam się tutaj z mojego rodzinnego miasta, Łodzi....
17/02/2022

Marta Wnuk

Pruszkowianką jestem od 10 lat, a dokładnie odkąd przeprowadziłam się tutaj z mojego rodzinnego miasta, Łodzi. Jeszcze w czasie studiów poznałam mojego pierwszego męża, który osiedlił się w Pruszkowie na długo przed tym, nim się poznaliśmy. Moje pierwsze miejsce zamieszkania znajdowało się w dzielnicy Bąki.

Początki przygody z Pruszkowem były bardzo trudne, chociażby z tego powodu, że z dużego miasta przeniosłam się do dzielnicy, w której były tylko bloki i pola. Dla kogoś przyzwyczajonego do tętniącego życiem centrum większej metropolii była to momentami droga przez mękę. Skrycie marzyłam więc o zamieszkaniu w centrum Pruszkowa, gdzie wszystko mogłabym mieć w zasadzie na wyciągnięcie ręki: parki, centrum kultury i miejsca spotkań. Długo nie musiałam czekać. Bardzo szybko udało mi się kupić mieszkanie w idealnej wręcz lokalizacji, a niedługo potem na świecie pojawiły się moje dzieci – Adam i Jagoda. Tak naprawdę to właśnie dzięki nim poczułam się w tym mieście, jak w domu. Nic nie daje bowiem tak szerokich możliwości poznawania nowych ludzi, jak właśnie dzieci, wspólne wychodzenie na place zabaw czy odprowadzanie do przedszkola.

Kiedy moja młodsza latorośl skończyła rok, dostałam pracę jako nauczyciel biologii w Gimnazjum numer 3. Ten okres chyba już zawsze wspominać będę z pewnym sentymentem, bo to była dla mnie pierwsza stała praca, na dodatek blisko domu i z towarzystwem zarówno przesympatycznych koleżanek, jak i niezapomnianych uczniów. Kiedy wychodziłam na spacer, co chwilę ktoś mówił mi „dzień dobry”, a ja po raz drugi poczułam się w Pruszkowie jak u siebie.

W Gimnazjum nr 3 pracowałam tylko rok, po czym przyjęłam posadę w Liceum im. Adama Mickiewicza w Piastowie i tam spędziłam kolejne lata. Podczas gdy zawodowo układało mi się całkiem nieźle, moje życie prywatne legło w gruzach. Po głowie chodziły mi różne myśli, w tym również pomysł powrotu do mojego rodzinnego miasta, czyli do Łodzi, gdzie mogłabym liczyć na pomoc moich rodziców. Nie zrobiłam tego jednak. Wiedziałam bowiem, że to miasto było domem nie tylko dla mnie, ale stało się nim również dla moich dzieci. Zostałam, bo tu było nasze miejsce i życie potoczyło się dalej.

Moje znajomości się rozwinęły, a dzieci mają tutaj wszystko, czego tak naprawdę potrzebują. Świetną szkołę, wiele możliwości na zajęcia pozalekcyjne, parki i place zabaw. Z kolei to, czego przez długi czas brakowało mi w Pruszkowie, a co teraz mam właściwie na wyciągnięcie ręki, to przede wszystkim restauracje, kawiarnie, po prostu miejsca spotkań. Pruszków w pewien sposób pomógł mi rozwinąć skrzydła, nie tylko jako kobiecie, czy nauczycielce, ale przede wszystkim jako spełnionej bizneswoman.

Od ponad roku jestem właścicielką centrum edukacyjnego, które zrzesza nie tylko naszych lokalnych uczniów, ale dzięki zajęciom online, łączymy się także z uczniami z całej Polski, a nawet świata, bo mamy też uczniów z Francji, Anglii czy Izraela. Sama idea centrum powstała właśnie tutaj w Pruszkowie. Dziś, dzięki nowoczesnym technologiom nasi lokalni uczniowie spotykają się na zajęciach językowych, warsztatach i kursach przedmiotowych ze znajomymi, z którymi nie mieliby możliwości uczyć się wspólnie w innych okolicznościach.

Sami widzicie, że całe moje życie kręci się w Pruszkowie, nie mogłabym więc stąd wyjechać.

Pamiętam pierwszy dzień, kiedy pociągiem przyjechałam do Pruszkowa, do mojego nowego mieszkania i zamiast kierować się w stronę centrum miasta, trafiłam na osiedle Staszica. Rozpłakałam się wtedy, nie wiedząc, gdzie jestem i jak mam teraz dotrzeć do miejsca docelowego. Dziś, żadna uliczka nie jest mi obca, uwielbiamy rodzinne spacery, wyjścia na rower, na pizzę, czasem zdarza nam się nawet biegać 🙂. Z nostalgią wspominam codzienne wyjścia z wózkiem do Parku Potulickich, kiedy dzieci były malutkie. Całkiem niedawno czytałam książkę „Stulecie winnych” i jakże wielki uśmiech pojawiał się na mojej twarzy, kiedy w myślach rozpoznawałam miejsca w Pruszkowie opisywane przez autorkę.

Pisałam o tym na początku, ale powtórzę raz jeszcze. W Pruszkowie najbardziej podoba mi się to, że wszystko jest w zasięgu spaceru, wszystkie urzędy, sklepy, szkoły, przedszkola, restauracje, domy kultury, kino. Przy tym, miasto nadal jest kameralne i zawsze spotka się kogoś znajomego 🙂. Wielu mieszkańców, to podobnie jak ja osoby przyjezdne, szukające kontaktu z innymi, radosne i uśmiechnięte. Miasto żyje i się rozwija. Do Pruszkowa „sprowadziłam” również mojego partnera. Choć za pierwszym razem, kiedy tutaj przyjechał, nie mógł się nadziwić i pytał: „Kto stoi w tych porannych korkach w kierunku Warszawy?”. Bardzo szybko sam zaczął w nich stać i chyba wcale tego nie żałuje 🙂.

Marta Wnuk

Przegapiłeś?Bez obaw! Nasze niedzielne radiowe spotkanie z kolejną bohaterką projektu - Marta Lesiewicz - możesz posłuch...
15/02/2022

Przegapiłeś?
Bez obaw! Nasze niedzielne radiowe spotkanie z kolejną bohaterką projektu - Marta Lesiewicz - możesz posłuchać i obejrzeć na naszym kanale na YT 🤓.

LINK do filmu ➡️ https://bit.ly/3JxHXvp

A już dzisiaj zapraszamy na rozmowę z kolejnym gościem projektu ℙℝ𝕌𝕊ℤ𝕂𝕆𝕎𝕀𝔸𝕂 - Marta Lesiewicz  📻 Słuchajcie nas po godz....
13/02/2022

A już dzisiaj zapraszamy na rozmowę z kolejnym gościem projektu ℙℝ𝕌𝕊ℤ𝕂𝕆𝕎𝕀𝔸𝕂 - Marta Lesiewicz 📻

Słuchajcie nas po godz. 17 w POPradio 🎧

Witam, nazywam się Hubert Maciąg i urodziłem się 16 września 2003 roku w Pruszkowie, a dokładnie w szpitalu na Wrzesinie...
09/02/2022

Witam, nazywam się Hubert Maciąg i urodziłem się 16 września 2003 roku w Pruszkowie, a dokładnie w szpitalu na Wrzesinie. Od zawsze mieszkam na Żbikowie, początkowo przy ul. Pańskiej, następnie przy ul. Pętelki. Mam dwóch starszych braci, Łukasza i Czarka oraz kochającą mamę, Basię, która pochodzi ze Starego Mystkówca koło Warszawy.

W Pruszkowie ukończyłem Szkołę Podstawową nr 9 im. Marii Skłodowskiej-Curie oraz Gimnazjum nr 3 im. Miry Zimińskiej-Sygietyńskiej. W dalszym ciągu się uczę, jednak tym razem kontynuuję edukację w Grodzisku Mazowieckim, w Zespole Szkół Technicznych i Licealnych nr 2, w klasie o specjalności Mechanik Pojazdów Samochodowych.

Tak naprawdę to w tym miejscu zaczyna się moja historia. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze interesowałem się motoryzacją. Moją pasję rozwijałem przez lata, głównie kupując specjalistyczną prasę w kioskach, jeżdżąc na zloty, czy zbierając miniaturki pojazdów. Nie raz i nie dwa zwiedzałem także muzea motoryzacyjne, przy okazji poszerzając swoją wiedzę na temat samochodów.

Wielką miłość do motoryzacji rozbudził we mnie mój dziadek, Tadeusz, który pracował właśnie w Muzeum Motoryzacji i Techniki w Otrębusach, jako kierowca zabytkowych autobusów. Nic więc dziwnego, że otoczony najróżniejszymi pojazdami, połknąłem motoryzacyjnego bakcyla. A przez lata, bywając na licznych zjazdach tematycznych, poznałem masę ludzi, podzielających moją wielką pasję. Właśnie te znajomości zaowocowały moimi późniejszymi wystąpieniami w magazynach motoryzacyjnych.

Jakoś w 2015 roku wraz z kolegą, Jakubem, odkopaliśmy w garażu stary motorower mojego Taty — Romet Ogar 205 z 1987 roku, który udało się uruchomić, a w 2020 odremontować do stanu fabrycznego. Mniej więcej w 2018 roku od Jakuba dowiedziałem się, że w Pruszkowie istnieje klub motocyklowy, który zajmuje się właśnie takimi pojazdami, jakimi sam się interesuje, czyli zabytkowymi. Klub działa od 45 lat i osi nazwę Nornica. Dzięki członkostwu mogłem rozwinąć skrzydła w swojej pasji, na dodatek w towarzystwie osób z Pruszkowa i jego okolic, które podobnie jak ja zafascynowane są motoryzacją. Co szczególnie dla mnie ważne, klub bardzo pomógł mi w renowacji wspomnianej wcześniej rodzinnej pamiątki. Nie mogłem trafić do lepszego miejsca.

W 2019 roku dzięki uprzejmości kolegi z klubu, Karola, otrzymałem w prezencie Motorower Jawa Mustang z 1977 roku, który jest obecnie pieczołowicie odrestaurowywany. Na chwilę obecną posiadam trzy zabytkowe motorowery. Jednak motoryzacja to nie jest moje jedyne hobby.

Wróćmy na moment do mojego kolegi, Jakuba. Jego tata pracował niegdyś w zakładach Kasprzaka, a on sam posiada sporą kolekcję starego sprzętu RTV, którą samodzielnie restauruje. Zaimponował mi jego pasja i postanowiłem także zacząć zbierać tego typu starocie jak np. radia, radiomagnetofony, magnetofony, magnetowidy i wiele innych ciekawych, a niekiedy także zapomnianych sprzętów. Mam ich już pokaźną kolekcję i staram się sukcesywnie oddawać do naprawy to, co mam. Na opuszczonej stronie mojego domu stworzyłem nawet mini wystawę w stylu mieszkania z czasów PRL-u.

Moim wielkim marzeniem jest bowiem stworzyć własne muzeum, gdzie mógłbym pokazać swoją kolekcję staroci i pojazdów. Z kolei pracą marzeń byłaby dla mnie posada dziennikarza motoryzacyjnego, piszącego o zabytkowych pojazdach. Jak to mówią: marzenia są po to, żeby je spełniać, więc wszystko przede mną.

Jeżeli natomiast chodzi o Pruszków, to bardzo lubię w nim stare budownictwo oraz klimat Żbikowa, który według mnie jest nie do podrobienia. Niestety coraz więcej budynków znika, często zamieniając się w gruz, a na ich miejsce stawiane są bloki, które nie mają ani krzty klimatu i charakteru. Jednak jak wiadomo, nie dotyczy to tylko Pruszkowa. Niemniej jednak to właśnie Żbików nadal jest moim ulubionym miejscem na mapie miasta. Uwielbiam latem chodzić z kolegami na Glinki, gdzie można przyjemnie się ochłodzić w upalne dni, zima z kolei – mimo iż czasy dziecięcych zabaw dawno mam za sobą – lubię pójść na górkę i pozjeżdżać z kumplami na sankach, co sprawia nam, takim starym koniom, ogromną frajdę. Tak naprawdę jedyne, czego mi brakuje na Żbikowie, to jakiejś fajnej restauracji albo baru mlecznego.

Pozdrawiam wszystkich pruszkowian i mam nadzieję, że moja historia Was zaciekawiła.
Do zobaczenia na drogach i ulicach Pruszkowa!

Hubert Maciąg

Wracamy po przerwie! Zapraszamy na pierwszą w nowym roku audycję z ℙℝ𝕌𝕊ℤ𝕂𝕆𝕎𝕀𝔸𝕂'iem 😏Niedziela, po godz. 17 w PopRadio 📻 ...
06/02/2022

Wracamy po przerwie! Zapraszamy na pierwszą w nowym roku audycję z ℙℝ𝕌𝕊ℤ𝕂𝕆𝕎𝕀𝔸𝕂'iem 😏
Niedziela, po godz. 17 w PopRadio 📻

Od dawien dawna w moim życiu oddycha Pruszków. To bez wątpienia moje miejsce na ziemi.Nazywam się Paulina Skrobisz i swó...
26/01/2022

Od dawien dawna w moim życiu oddycha Pruszków. To bez wątpienia moje miejsce na ziemi.
Nazywam się Paulina Skrobisz i swój pierwszy krzyk wydałam w 1995 roku na „prehistorycznej” porodówce Szpitala na Wrzesinie. Moja rodzina, mimo iż nie pochodzi z Pruszkowa, korzenie zapuściła właśnie w tym mieście już w czasach II wojny światowej. I nie zapowiada się na zmiany.
To tutaj dorastałam, poznawałam rówieśników, uczęszczałam do placówek oświaty. Tu poznałam też mojego męża, a córka przyszła na świat na „współczesnym” Wrzesinie. Rzec można, iż historia zatacza krąg — mam ogromną nadzieję, że nowe pokolenie również pokocha to miasto.

Swoje pierwsze lata życia spędziłam na Osiedlu Staszica, mieszkając na 11. piętrze jednego z tamtejszych wieżowców, a z okna mogłam podziwiać cały Pruszków — miasto, które w ciągu 26 lat mojego życia, zmieniało się i w pewnym sensie ewaluowało. Pamiętam obrazy sprzed lat i mimo szeregu widocznych zmian zachodzących w krajobrazie, Pruszków jest oazą i miejscem szczególnym również dla mnie. Z rodzicami — oczywiście urodzonymi w słynnym szpitalu na Wrzesinie — często zmieniliśmy miejsce zamieszkania. W okresie przedszkolnym mieszkaliśmy przy ul. Ewy. Tam więc nauczyłam się jeździć na rowerze i chodziłam po drzewach na nieistniejącym już placu zabaw tuż za pawilonami. Dzisiaj przechodząc tymi ścieżkami, często wspominam ławkę przed blokiem, śmiejące się dzieci, drewnianą piaskownicę, czy lody Algidy i trąbiącą starą kolejkę WKD.

Dzieciństwo minęło mi jednak nie tylko pod znakiem zabaw, ale także szlifowania wielkiej pasji, jaką jest taniec. Tańczyłam, odkąd pamiętam. Już w Przedszkolu nr 12 wymykałam się na zajęcia taneczne, ale tak, aby nikt nie wiedział. Potem w Szkole Podstawowej nr 6 otoczona wspaniałą kadrą nauczycielską mogłam dalej się realizować. Co więcej, wraz z koleżanką stworzyłyśmy choreografię do utworu Cobrastyle, którą finalnie zaprezentowałyśmy na szkolnej dyskotece. Przygodę z układaniem choreografii kontynuowałyśmy na zajęciach WF-u, pod czujnym okiem Wychowawczyni.

Okres Gimnazjum nr 3 nie był już tak beztroski, jak wcześniejsza edukacja. Ten czas wspominam jako trudny, gwałtowny i przede wszystkim ciężki do odnalezienia samej siebie. Potrzeba przynależenia do grupy bywa bowiem uciążliwa, szczególnie dla nastolatki w momencie szalejących hormonów dojrzewania. Całe szczęście spotkałam na swojej drodze cudowną kobietę, która była wówczas Wychowawczynią mojej klasy – Panią Magdalenę. Zawsze motywowała mnie do tańca i to dzięki niej w tym trudnym dla mnie czasie, uwierzyłam we własne możliwości. Zajęcia organizowane po lekcjach na sali gimnastycznej były idealnym sposobem na odreagowanie po ciężkich dniach w szkole. Realizując swoją pasję, nie miałam więc czasu na robienie głupot. Tym bardziej że w tamtym czasie zgłosiłam się także do grupy Cheerleaderek, która została stworzona w Gimnazjum nr 1 przez trenera Znicz Basket. Formację prowadziła z kolei była tancerka Państwowego Zespołu Ludowego Pieśni i Tańca „Mazowsze”. Przez dwa lata reprezentowałam wraz z grupą AsArt Baby nasz pruszkowski klub Znicz Basket oraz Lider Pruszków. I to był dla mnie bardzo ważny okres w życiu. Cieszyła mnie bowiem nie tylko możliwość samorealizacji, ale już wtedy poczułam swego rodzaju więź z mieszkańcami miasta.

W szkole średniej, a dokładniej w Liceum Ogólnokształcącym im. Marii Pawlikowskiej w Warszawie kontynuowałam swoją przygodę z tańcem i kiedy tylko nadarzyła się ku temu okazja, zarażałam innych tańcem, organizując zajęcia pozalekcyjne. W tym miejscu powinnam nadmienić, że w liceum, do którego uczęszczałam, broniłam swojego miasta, nieraz będąc wyśmiewaną, że jestem z Pruszkowa. Przy każdej takiej konfrontacji zapraszałam do odwiedzin i poznania, a dopiero w następnej kolejności oceniania. Tak mi już chyba zostało do dzisiaj.

Z powodu braku czasu oraz przejścia na pełen etat bycia mamą, zrezygnowałam z tańca, lecz mam nadzieję, że jeszcze kiedyś znajdę chwilę, aby znów poczuć pruszkowski parkiet. Z zawodu jestem pracownikiem socjalnym. Będąc w ciąży, ukończyłam Akademię Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie, a aktualnie pracuję w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej w Pruszkowie. Zanim jednak znalazłam się tu, gdzie jestem teraz, podejmowałam się różnych prac, aż pewnego dnia do mojej ówczesnej pracy, zawitali pracownicy socjalni, jak się okazało kojarzący mnie z czasów, gdy w tutejszym ośrodku odbywałam praktyki studenckie (nie wyobrażałam sobie wtedy innego miejsca). W niespełna 2 tygodnie podjęłam, mimo wszystko, ciężką pracę, jaką jest bycie pracownikiem socjalnym. Wraz ze współpracownikami napisałam projekt socjalny skierowany do samotnych mam i ich dzieci, którego głównym celem jest wzmocnienie więzi między matką a dzieckiem. Czuję się dumna i potrzebna, niosąc pomoc oraz wsparcie pruszkowianom, seniorom, osobom bezrobotnym czy osobom niepełnosprawnym. Spełniam swój obowiązek, ale przede wszystkim działam na rzecz ludzi, których widuje na ulicach, których pamiętam z dzieciństwa i którzy tak, jak ja od lat żyją i tworzą Pruszków.

To dla mnie wyjątkowe miasto i zajmuje w moim sercu szczególne miejsce. Swojego męża poznałam właśnie w Pruszkowie, a jego rodzina także stąd pochodzi. Nie ma więc tu dla nas obcych miejsc. Swoją przyszłość planujemy właśnie tu. Jesteśmy rodziną Saabiarzy. Tworzymy społeczność, która zrzesza ludzi lubujących się w marce samochodowej — Saab. Dla ciekawostki nasza córeczka na drugie imię ma Saabina, i mimo zdziwienia urzędniczki w naszym pięknym Urzędzie Stanu Cywilnego, mąż nie dał za wygraną. Uczęszczamy na zloty, jeździmy na rajdy, na naszym autowym koncie posiadamy 7 saabów. Szacunek do posiadaczy, okazujemy machnięciem ręką zawsze wtedy, gdy ujrzymy kierowcę Saaba jadącego znad przeciwka. Pruszkowskie ulice coraz częściej doświadczają właśnie tych aut, co bardzo mnie cieszy.

Teraz ze swojego okna widzę Park Potulickich, zmiany pór roku, gwar aut, przejeżdżające karetki ratujące ludzkie życia, śmiechy dzieci uczących się jeździć na rowerze. I w takim Pruszkowie chcę być, chcę żyć, chcę nieść pomoc i pokazać swojemu dziecku miejsca, w których sama uczyłam się życia.

Paulina Skrobisz.

Adres

Pruszków
05-800

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Pruszkowiak umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Pruszkowiak:

Udostępnij

Kategoria