22/05/2026
Były dni, gdy choroba zatrzymała ciało, ale otwarła oczy na ludzi wokół. Na sąsiadów, którzy stali się aniołami. Na dobro, które pojawiło się cicho, ale zostało na długo. A potem jakby tego było mało moja druga połowa chwyciła mnie za rękę i powiedziała: „Lecimy”. I nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przenieśliśmy się we dwoje na Asinarę, do krainy sardyńskiego słońca, gdzie serce znowu zaczęło oddychać pełną piersią. Tak smakuje wdzięczność.
Asinara jest jak „szept świata”, który nie potrzebuje świadków. Wyspa, gdzie czas przestaje biec, a zaczyna płynąć powoli, miękko. Tu natura mówi pierwsza i ostatnia. Morze ma kolor, którego nie da się nazwać, a wiatr niesie zapach soli i wolności. Można się rozmarzyć .
Białe osiołki snują się jak duchy dawnych historii, a cisza jest tak głęboka, że aż święta. Asinara to odludzie, które nie straszy a leczy. Oczyszcza. Otwiera serce.
A pośród tej dzikiej ciszy stoją budynki, które pamiętają więcej, niż chciałyby zdradzić, opuszczone, dawne więzienia, milczące świadectwo czasu, gdy wyspa była miejscem odosobnienia. Ich puste okna patrzą w morze, jakby wciąż pilnowały granicy między wolnością a przeszłością.
I naprawdę, nie sądziłem, że w Europie są jeszcze takie miejsca, surowe, nietknięte, jakby zatrzymane w innym świecie.
To miejsce, gdzie człowiek przypomina sobie, jak pięknie jest po prostu być. Robert Krawczyk