24/08/2017
"Kultura przysiadania"
Mam wrażenie, że my, Polacy, mamy problem z przysiadaniem się. Ławka w parku, stolik w barze, miejsce w autobusie.
Mamy z tym jakiś kłopot.
Oczywiście problemu nie ma, kiedy chodzi o obserwowanie jakiegoś spektaklu. Jeśli gdzieś odbywa się demonstracja, jeśli w knajpie trwa artystyczna improwizacja, jeśli ktoś gra gdzieś przy fontannie - wtedy okej, wtedy siadamy obok siebie na czymkolwiek, jakby świadomość zainteresowania tym samym była niczym rozpuszczone w powietrzu, ciche przyzwolenie.
Ale w innych okolicznościach radzimy sobie dużo gorzej.
W zatłoczonym, azjatyckim fast foodzie często będziemy stali w kolejce, aż zwolni się czteroosobowy stolik zajmowany przez tylko jednego człowieka. Chcąc poczytać książkę w parku przejdziemy obok szeregu długich ławek tylko dlatego, że na jednym z ich krańców ktoś siedzi. W autobusie usiądziemy na miejscu od przejścia, żeby zabezpieczyć na potrzeby swojej przestrzeni również fotel obok.
Czy tylko my tak robimy? Nie, oczywiście, że nie. Mam jednak wrażenie, że zdarza nam się to częściej.
Dlaczego? Zastanawiam się.
Czasem myślę, że mamy jako naród pewien lęk przed publiczną interakcją. Uwarunkowany wielopokoleniową niepewnością tego, kim jest człowiek obok. Czy to nie ten sąsiad, co za kartkę na pralkę podpierdolił kolegę z klatki obok, czy to nie fałszywa, esbecka szuja, czy to nie przyczajony wróg z czasów stalinizmu, okupacji, stulecia zaborów.
Zrobiono kiedyś eksperyment, podczas którego narażano myszy na nieprzyjemny bodziec powiązany z zapachem wiśni. W krótkim czasie myszy zaczęły odczuwać lęk gdy tylko ten aromat pojawiał się w powietrzu.
Potomstwo tych myszek też odczuwało niepokój gdy rozpylano zapach wiśni, chociaż nigdy nie było wystawione na działanie przykrego bodźca.
Może jest w nas jakiś genetyczny lęk, warunkowany biologicznie dystans do nieznajomego, który pozostaje wrogiem dopóki nie udowodni, że jest inaczej.
Może zagadnięci jesteśmy bezbronni, bo lata komuny zaimpregnowały nas na okoliczność konieczności mierzenia się ze small talkiem: czego chce ten człowiek, o co mu chodzi, lepiej będę trzymał portfel blisko i rozejrzę się wokół.
Wydaje mi się, że to zaimpregnowanie skutecznie potrafią ignorować głównie osoby starsze. Niewykluczone, że dziesiątki lat w nogach i krzyżu sprawiają, że nie ma sensu wybrzydzać, ławka to ławka, miejsce to miejsce, człowiek to człowiek.
Może starość sprawia, że łakniemy jakiegokolwiek kontaktu, czyjejś obecności, choćby milczącego sąsiedztwa.
Prawdą jest, że nigdy nie wiemy, do kogo się dosiadamy albo kto dosiada się do nas. Jest w tym jednak jakaś szansa na nowe, jakaś szansa na opowieść, może na przygodę. Tam, gdzie w zasięgu ręki czy ucha pojawia się inny człowiek, wszystko może się zmienić.
Krakowskie Przedmieście, 22 sierpnia, Warszawa.