22/07/2026
P.S. - Część V (finał): Prezent
Korowód listów. Iluzja wzniesiona z niedopowiedzeń i wymowy atramentowych zawijasów. Na nic zdały się bazgroły poprawek, a na domiar złego wtrąciły się wibracje telefonu... Prysł czar wyjątkowego wieczoru poświęconego zwierzeniom przelewanym na papier. Sawieljew odebrał. Przez kilka minut w milczeniu wysłuchiwał lamentów koleżanki ze studiów. Gdy wreszcie nastała pauza, uciął: „Właściwie to mi przeszkadzasz. Tak, bywam zajęty wieczorami. Wasze swary z mężem... To twój małżonek. Przysięgaliście sobie wierność”. Przycisk „zakończ”. Myśli znów hen za horyzontem. Figurowe ewolucje długopisu sunącego po papierowej gładzi. Żar lampy. Spotkanie z nieosiągalną młodością ze zdjęcia. Obok niej on sam – równie młody i beztroski... Telefon uporczywie wibrował.
– Halo. Przecież prosiłem...
– I tak jesteś sam. A noce są długie.
– Nużąco.
– Kogo u siebie masz? Jest zazdrosna? – Niespodziewanie ostry, stalowy wydźwięk. – Chorujesz?
– Choroba, zazdrość, obecność... Proszę zawęzić spektrum rozpoznań, pani doktor-diagnosto.
– Do tego niezbędne są osobiste oględziny. – Kokieteryjnie. – Podkurujemy cię balsamem. Doskonale wiem, gdzie go chowasz.
Czy mam przemienić się w ląd, by ugasić swoje odwieczne pragnienie? Skoro budzę się szczęśliwy, kierując wspomnienia ku tobie, moja tkliwa nereido, wierna nierządnico z ksiąg o nieziemskiej miłości; ku tobie, którą powołał do istnienia mój wewnętrzny tyran – nadszedł czas podsumowań i wyznania: Jesteś nieopatrznym, a przez to genialnym wynalazkiem moich cerberów-strażników. Naga matematyka, eros, anestetyk. Nie obyło się bez steru w głowie. Ten satrapa zatwierdził receptę. Twoje objęcia są kaftanem bezpieczeństwa, który przywdziewam z dreszczem nałogowca. Jestem zaleczony pianą morską? Sinusoidalne pieszczoty fal, lubieżne chlupotanie mięśnia sercowego, kontynuacja... Wynaturzenie zakłada kontynuację. Moi strażnicy ponieśli klęskę, monarcha został zdetronizowany, a ja stałem się twoim mоrfinistą. Jedyny pacjent, jedyna sala, samotność na prokrustowym łożu.
Zgarnij z półki zakurzony plik niewydanych tomów Kamasutry, załaduj na sanki i pomknij ku epoce, w której we wschodniej Europie panował obyczaj zdawania makulatury. Za kilogram papierowych odpadków można było dostać jedną dobrą radę, loda „Eskimo”, banialuki w twardej oprawie i talon na spełnienie którejś z potrzeb.
– Uff! Daj mi odsapnąć, słoneczny. Ty to... Hmm... nie przestajesz zaskakiwać, aż do zawrotów głowy. Chudy jak mnich na poście, na wszystkim oszczędzasz, a pod tą skórą – istny opętaniec... – wydyszała Anastazja. – Nie pojmuję, dlaczego wciąż nie masz dziewczyny. – Nastia parsknęła śmiechem. – To znaczy, jasne, dziewczynę jak najbardziej miewasz. – Machnęła swawolnie wachlarzem z prześcieradła. Oto rozwiązłe spojrzenie. Gardłowy, wyuzdany śmiech. Przed jej rzeźbioną postacią nie ostałby się ani świętoszek, ani sam diabeł. – Ze mną sprawa jest jasna. Jak dobrze pamiętasz, nie podołałam roli madame d’amour u twego boku. Lekcja odrobiona, materiał przyswojony i przyjęty do wiadomości. Za to jako koledzy dogadujemy się znakomicie. – Słowo „koledzy” wymówiła celowo z angielskim akcentem. – Słuchaj, zapytam z marszu: raz-dwa! Czy stać by cię było na wielki czyn dla kogoś naprawdę ukochanego? Wyobraź sobie, że wysyłasz takiej osobie wiadomość: „Najdroższa, odkąd zaczęliśmy do siebie pisać, nie mieliśmy okazji się spotkać. Ale byłbym gotów zrobić wiele, żeby pomóc ci rozwiązać problemy mieszkaniowe. Mogę też zaopiekować się twoim kotem, a nawet dwoma, choć marzyłem o tym, by nie rozstawać się z psem, na którego ty, niestety, zdążyłaś się uczulić na odległość”. Znajdziesz lepszą pracę, oddasz mi pewien dłużek. – Rudowłosa lisica porozumiewawczo puściła oko. – Kto wie, może przy odrobinie chęci wygrzebiesz się z tego finansowego bagna. Widziałam rachunki. A chęci... nie powinno się tłamsić. – Utartym zwyczajem prowokowała go szeptem i znała moc tego szeptu. Roztaczała w myślach obraz ust łaknących jej, zatracając się w dłoniach sięgających po dzban świeżego, ciepłego mleka. Upijali się... Do dna. Do pustki. W konstelacjach jej piegów rozkwitały dołeczki uśmiechu. Kolejna fala namiętności.
Wiadomo... O poranku przyjaciele z dzieciństwa ciepło się ubiorą i, jak na starych druhów przystało, zaznaczą swoją bliskość krótkim uściskiem i poklepaniem się po plecach.
Wypadałoby zapłacić za prąd. Żarówka skuliła się w pąk, rozpłynęła cienką linią i zgasła. Skowyt. Pudel zamknięty w kuchni wolałby pilnie donieść właścicielowi o dwóch reflektorach, które przemknęły za drzewami. Zresztą, to nie jego psi interes. Do tak misternie sfabrykowanego detalu mógłby przyczepić się wyłącznie strażnik pozbawiony wyobraźni, bezgranicznie zawierzający własnemu węchowi. Rzeczywiste byty mają zapach, tymczasem skupisko zielonych ogników dziwnie drażni nozdrza, jakby rozpaczliwie szukało woni, pod którą mogłoby się zamaskować. To Coś musiało przejechać blisko domu. Skrywało się tak doskonale, że aż budziło w zwierzęciu pierwotną panikę. Pies obszczekiwał szybę, wspinał się na tylne łapy i wodził nosem wzdłuż ramy okiennej.
– Gula, cicho bądź! Sąsiadów pobudzisz. Ciesz się, że nasza gościni ma twardy sen. Pamiętaj, że to obrażalska dama – jak ją rozzłościsz, nie podwędzi ci już z restauracji żadnych skrawków wędlin. Przejdziesz na same gnaty, ty siwa zrzędo! No, właśnie. Chodź za mną. Starość nie radość, marazm nie or...
Świt odsłonił ciemny, regularny krąg na cienkiej narzucie. Listy leżały rozrzucone wokół łóżka. Po raz pierwszy zalegała tu całkowita cisza. Przez sploty firany sączył się nimb jutrzenki. Z ostrożnością początkującego malarza wschód słońca barwił wyblakłe dotąd szczegóły wnętrza. Snop ognistych strun przeszywał sypialnię – ujawniał błogostan snu. Słoneczna paleta rozbłysła karmazynem, nasycając krągłe znamię na tkaninie odcieniem kagoru. Środek kręgu znaczyła rękojeść noża. Ostrze tkwiło głęboko w piersi zmarłego. Tuż obok spoczywał wierny przyjaciel. Czworonożne stworzenie skonało, wyczuwszy śmiеrć swojego pana.
Rzeka zatopiona w kamieniu. Szynok – tak zwie się nieprzystępny ciek ziemi pośród urwisk. Wgryza się w opokę wąwozu, tworząc w górach Ałtaju kaskady wodospadów. Żółtawe odłamki minerałów, obnażone korzenie cedrów i tęczowy pył – oto należny eliksir dla wycieńczonego wędrowca. Patrz, nadchodzi. Od stromych krawędzi odrywają się ziarenka piasku, ulatując ku dolinie Anuja. To królestwo kipiącego ziąbu. Nic w promieniu tysięcy kilometrów nie dorównuje temu bogactwu spływających strug. Bywa, że podróżny jest utkany ze światła. Jak ten z naręczem popiołu – wysoki, przybyły znikąd. Zwleka, rozgląda się. Syberyjskie grzbiety wtórują mu echem. Nieludzka symfonia huku – niczym hymn powitania. Roje iskier snują się pod tchnieniem górskiego wiatru, opuszczają parów i zraszają rumowisko. Woda, rozbijając się, woła...
Stali na skalnym zrębie. Góral i płomienisty obrys przybysza.
– Podłe jest umieranie, co? – Niskorosły mężczyzna o potężnym głosie przekrzyczał ryk wodospadu.
– Jak nieznośny krzyk... bełkotał brzuchomówiący duch ze zwierzęcym przywidzeniem w ramionach. – Niepojęty zamęt.
– Dokładnie. W przeciwieństwie do swojego podopiecznego ocalałeś. Wyrwano cię z gleby. Nie bez udziału psa, rzecz jasna; nieborak padł ofiarą w imię twojej wolności.
– Suczka. To była suczka. – wykrztusił ognisty mieszczuch. Jego sylwetka poczerwieniała.
– Mniejsza o płeć, wiek czy rasę tego biedaka. Pochowaj bohatera u podnóża skały numer dziesięć. Pożegnaj się.
– Muszę oddać ci to, co twoje. – Płonące palce zacisnęły się na portfelu.
– ...„jabrūḥ” – bałwan ulepiony przez Matkę Naturę na ludzkie podobieństwo. – grzmiał góral, nie zważając na gest rozmówcy. – Z podobieństwem nie wyszło najlepiej, za to z zawartością – iście zdumiewająco. Legenda głosi, że ten człekokształtny korzeń poczyna się tam, gdzie przelało się nasienie wisielców. Krzykawa, tudzież mandragora, należy do demonów, dopóki drzemie w ziemi. Wyrwij korzeń, zerwij głębokie pęta niewoli, a zginiesz w męczarniach z rąk jej dawnych panów. Rany mandragory zieją wonią... Boli ją. Zanosi się krzykiem, wtrącając w obłęd i niosąc niechybną zgubę temu, kto ośmieli się wywlec ją na wolność. Wybawca jest z góry skazany. Dlatego starożytni podkopywali korzeń, w którym skupiała się ogromna moc, wiązali go liną do psiej obroży i wabili zwierzę mięsem. Psisko zdychаłо i... Spokojnie. Nie wierzę w legendy. Pogódź się z darem. Sam rozstrzygnij, czy jesteś przeklęty, czy błogosławiony. Podejmij grę, kieruj dawnym Piotrem – odtąd marionetką bez sznurków.
– Kukiełka jest uszkodzona. Kiedy wiłem się w agonii, z mojego ciała sterczał nóż.
– A jednak nawet nie zajrzałeś do portfela. Mojego pustego portfela.
Parasol został w pracy. Zresztą, kto mógł przypuszczać, że końcówka marca przyniesie ulewy? Jeszcze miesiąc temu coś witało Piotra w domu wesołym szczekaniem. Wczoraj obudził się z rękojeścią złamanego noża na pledzie. W samo południe pochował swojego pupila. Dziewczyna ulotniła się po angielsku i, ponoć, wyjechała do ojczyzny. Portfel Ulmasa przyszło wyrzucić jako przedmiot zbędny – w środku znajdował się fragment ostrza z zaschniętą кrwią. Hokus-pokus. Być wiecznością, udając punkt – to kunsztowna sztuka.
Włodzimierz Alawdin
2015-2016 r.
---
Aparat: Rolleiflex 2.8F, obiektyw Xenotar F2.8
Klisza: Ilford Delta 100 / 120
Lokalizacja: Złotniki Lubańskie