24/06/2026
P.S. - Część III: Pachnący wrzask
Nie mógł zasnąć. Sącząc kawę, student-robotnik Piotr Sawieljew patrzył przez okno. Uchylił lufcik. Wionęło świeżością ulicy zmieszaną z zapachem smoły. W nocy chwycił mróz i napadało sporo śniegu.
Jeśli wyjdzie się z domu nieco przed ósmą, można zdążyć na ten trolejbus, który kursuje nadzwyczaj rzadko, za to dowozi wprost pod główny kampus uniwersytecki, bez potrzeby przesiadek. Niewątpliwa zaleta. Lawiny ludzi spieszących do szkół i pracy zrywały się dopiero dziesięć czy piętnaście minut później. Teraz większość z nich kończyła jeszcze śniadanie, ubierała się naprędce i poklepywała po kieszeniach, usiłując przypomnieć sobie, czy przed wyjściem nie zostawiła czegoś ważnego. Na razie nie tłoczyli się na przystankach, nie spierali przy wejściu i nie zajmowali miejsc przy oknach, które upodobał sobie Piotr. Była w tym szczególna przyjemność – patrzeć na bezbarwne wzory porannego miasta, płynnie uciekające wstecz, jedynie urywkowo zatrzymywane przez gniewne ślepia sygnalizacji lub nieśmiałe ławki na przystankach. Któraś z tych ławek zdawała się kusić: „Zaczekaj. Usiądź. Przyjedzie następny trolejbus, a potem kolejny...” Pozostawało tylko odprowadzać ją winnym spojrzeniem, mimowolnie szukając w głowie słów na swoją obronę.
Piotra często nawiedzało poczucie winy wobec rzeczy i zdarzeń, wydawałoby się, zupełnie mu obcych. Nawet ćwierć wieku doświadczenia w rozpamiętywaniu własnych występków, niesprawiedliwych wyskoków czy zamierzonych bądź nie zdrad budziło w nim mniej trwogi niż to niepojęte, przejmujące poczucie winy względem przedmiotów nieożywionych, którego obecność, jako człowiek polegający na trzeźwym osądzie, również poczytywał sobie za winę. Wstydził się braku zwykłego wiatru w bramie domu, żałował ściętej gałęzi topoli na dachu kiosku i gotów był zapaść się pod ziemię tylko dlatego, że mimochodem uchwycił woń smażonych naleśników – tchnienie cudzego, tajemnego gniazda. W takich chwilach chandra wycieńczała Sawieljewa, dopóki codzienne troski nie sprowadzały go z powrotem na tory zdrowego rozsądku.
Ostry okrzyk nastolatka dobiegł z głębi pojazdu: „Kierowco, o co chodzi?! Dojechaliśmy?”. Piotr drgnął, jakby tuż przy uchu zabulgotał staromodny, mechaniczny budzik. Po oburzonym klekocie olbrzyma odezwały się mniejsze budziki: „Proszę otworzyć drzwi! Ile można stać? Ludzie się przecież spóźniają! Za przejazd płacimy, a pożytku żadnego!”. Kierowca warknął coś w odpowiedzi i drzwi rozwarły się na oścież. W twarz uderzyło mroźne powietrze z posmakiem spalin. Nic to. Połowa drogi pokonana. Wystarczy skręcić w boczną ulicę i przesiąść się do autobusu. Brak biletu – zwiastun przygód. Cóż, czasem warto jest przejechać się na gapę – zostać, jak to mówią, zającem*. Szarym, małym, płochliwym... Czyż to żałosna rola? Zające to w pewnym sensie osobowości. Muszą lawirować, umykać, kombinować, ale w zamian mają po swojej stronie więcej wolności niż jakiekolwiek domowe zwierzaki. Zające – sprawcy drobnych wykroczeń. Na łotrów urządza się polowanie, im zaś nie jest wstyd; ich przywary kuruje nie poczucie winy, lecz autoironia. Dusze najbardziej ironicznych szaraków odradzają się w łonie ciężarnej wilczycy. To nowy szczebel - pokolenie szyderców bólu i strachu. Śnieg skrzypiał uroczyście pod stopami Piotra, przywołując znany od młodości motyw z „Tańca rycerzy” Sergiusza Prokofiewa. Kto wie, może kompozytor zaczerpnął to całe dostojeństwo z ośnieżonej drogi. Tram-param-param-param... Chłopak rozpiął górną część palta i wyjął z wewnętrznej kieszeni telefon:
– Halo, Nastia? To ja. Nie zdążę na początek wykładu. Powiedz naszemu belfrowi, proszę, że siła wyższa, coś tam, te sprawy, że Sawieljew się spóźni, ale będzie. Trolejbus się popsuł.
– Daleko jeszcze masz? Uważaj, bo ten stary ramol wbije ci nieobecność i po ptokach – potem się tłumacz, jak bardzo potrzebowałeś jego bezcennej wiedzy. Halo... A co to za krzyki u ciebie w tle?
– Jakiś dzieciak się przewrócił. Ludzie się kłócą z jego mamuśką... albo kim ona mu tam jest... Dobra, lecę, nara!
– Do zobaczenia. A tak przy okazji zapytam – czemu dzwoniłeś do mnie w nocy? Coś się stało?
– Chyba się mylisz. Nie dzwoniłem.
– Ale twój numer wyświetla mi się jako nieodebrany. Godzina: druga trzydzieści.
– To niemożliwe. Dobra, pogadamy później. Bywaj!
– No bywam. Hmmm.
Piotr jeszcze raz obejrzał się w stronę dobiegających krzyków. Bliżej alei wianuszek szarych i beżowych sylwetek gromił damę w białym futrze, która usiłowała podnieść ze śniegu roczne dziecko. Nic jej nie wychodziło – maluch miotał się w drgawkach, a świadkowie zajścia gorączkowo wymachiwali rękami, doprawiając potok istotnych w ich mniemaniu rad stekiem obelg pod adresem właścicielki kosztownego futra. Początkowo dama milczała, lecz w którymś momencie, widocznie po splunięciu staruszki, błysnęła własnym repertuarem przekleństw. I to tak bogatym, że wartość jej futra natychmiast straciła znaczenie i przestała zajmować zgromadzoną publiczność. Już spokojniej wyjaśniła: „Padaczka. Zdarza mu się. Samo minie”. Na twarzach gapiów odmalowało się rozczarowanie. Incydent zakończony. Tłum powoli zaczął się rozchodzić. Sawieljew także musiał biec – jego autobus właśnie wyłonił się zza zakrętu. Przystanek. Opustoszała ławka pośród rozsypanych niedopałków. Głupia wymówka: „Wybacz, znów nie mam czasu. Poza tym jesteś niedawno pomalowana”.
W autobusie była konduktorka. Tyczkowata dziewczyna o szeroko rozstawionych oczach i bliznowatej cerze. Bez ustanku trajkotała przez telefon, wyzywająco chichocząc i nawijając na palec jeden ze swoich rozjaśnianych loków. Wspaniale. Zając nie należał do pruderyjnych, wręcz przeciwnie, spośród wszystkich obecnych jedynie ta gaduła przypadła mu do gustu. Nowonarodzone zwierzątko przemknęło obok strażniczki porządku i zaszyło się w ciemnym sercu pojazdu – na ruchomej obrotnicy podłogi, między gumowymi fałdami przegubu. Stamtąd równie dobrze było widać oba człony autobusu, sam zaś obserwator mało kogo interesował, bo ewidentnie nie przywiązywał wagi do wygód podróży. Zwykle gnieździli się tu biedacy z tobołami i wózkami, doświadczeni gapowicze, a także ci, którym zwyczajnie nie trafiły się lepsze miejsca. Kącik dla odszczepieńców... Kwaśnawa woń. Nie, chyba zapach mu się uroił. Delikwent znieruchomiał, opierając się plecami o poręcz. Jeśli wtargną kontrolerzy, będzie gorzej. Pozostawało liczyć na szczęście. Przynajmniej podróż dobiegała końca. W zapasie – jakieś pół godziny. Pół godziny czujności – tyle da się wytrzymać. Oby tylko silnik nie mruczał tak czule, niczym kot na piersi... Zdradliwy, drżący obłok... Lekkość wyszeptana wiejską zamiecią ku rozpalonym powiekom wiernych poddanych Morfeusza, w wiosennym bolerze ze skrzydłami odebranymi jaskółce... Nie spać! Lepiej czymś zająć myśli, zwłaszcza że wśród pasażerów trafiają się osobliwości. Ktoś w słuchawkach miarowo kołysze głową, ktoś inny pięścią w rękawiczce przeciera owalne prześwity w oszronionej szybie... Ot choćby ta seniorka po lewej, dwa miejsca od konduktorki. Wbiła wzrok w korpulentną kobietę w okrągłych okularach i raz po raz wydaje krótkie, pełne dezaprobaty cmoknięcia. Ku jej narastającej irytacji sąsiadka puszcza te uwagi mimo uszu, jakby były adresowane do kogoś zupełnie innego. Pochłonęła ją lektura. Cóż za niewzruszony spokój! Seniorka aż kipiała z oburzenia. Przekonawszy się, że aluzjami nie zdoła poruszyć sumienia sąsiadki, zniżyła się do bezpośredniej rozmowy: „Kobieto! No niech mi pani powie, po co ci takie okulary?” To poskutkowało. Puszysta czytelniczka wreszcie zamknęła broszurę, zostawiając między kartkami palec wskazujący zamiast zakładki i uniosła brwi ze zdumieniem. Seniorka ciągnęła dalej, mieszając formy „ty” i „pani”:
– Masz za duże okulary, mówię. Siedzi pani jak sowa naprzeciwko mnie.
– Eee... – Zawahała się. – Lekarz mi takie przepisał. Na dalekowzroczność... Soczewki są większe, owszem. Oprawa dobrana.
Kobieta, rzeczywiście przypominająca sowę, odpowiadała cukierkowatym tonem, ważąc każde zdanie. Miała w sobie coś z troskliwej niani albo nauczycielki wczesnych klas, przywykłej do najdziwaczniejszych pytań. Chcąc obrócić rozmowę w żart, tłuścioszka wykonała palcami gest naśladujący regulację ostrości w lornetce, po czym z dystyngowanym uśmiechem spróbowała wrócić do lektury. Ale płonne nadzieje! Najwyraźniej starucha uznała pozycję sąsiadki za jeszcze pośledniejszą. Na pierwszy rzut oka jaśniała jak dziecię uradowane poświęconą mu uwagą, jednakże bezzębne usta zdradzały żądzę linczu. Piotr za nic w świecie nie chciałby teraz znaleźć się na miejscu Sowy, bez względu na to, jak pasjonujące było jej czytadło. Płaszczyk babiny, proszę bardzo, z dziurami na piersi – raczej nie od moli... Zapewne wyżarła je kapiąca z języka żółć. Od takich cało się nie uchodzi:
– O wzrok od młodu należy dbać. Czyta, patrzcie ją... Po cóż to czytać?
– To co mam robić, w ogóle nie czytać?
– Nie czytać. Do domu idź, tam sobie czytaj. A nie tutaj...
– Kochana pani, czytam i w domu. I w podróży. Czyżbym pani przeszkadzała?
– Ludzie o rodziny się troszczą, a tej wszystko jedno – w książkę się wlepiła, wielce uczona. Ja, na przykład, publicznie nie czytam. To co, według pani inni to same nieuki, tak? W domu ona czyta... W domu byś lepiej gospodarstwa pilnowała.
Zdumiewające – Sowa z opanowaniem zniosła i ten atak. Teatralnie uniesiona brew, wyćwiczony manewr z palcem w roli zakładki i ten jej przesłodzony, niemal sepleniący falset:
– W domu, jak u każdego, roboty co niemiara. Mąż, dorosłe dzieci wciąż z nami mieszkają, do tego akwarium, a i papużka w klatce choruje. Wszystkich trzeba nakarmić, po wszystkich posprzątać... Oj, moja droga, ja jeszcze mam siłę pracować, choć jestem na emeryturze. A czytanie... zawsze uszczknę na nie parę minut.
– Na miłość boską, to po jakiego pani w ogóle czyta? Naprawdę tak trudno to wyjaśnić? Zrozumiałabym jeszcze, gdybyś robiła to u siebie, we własnym kącie, ale w komunikacji miejskiej?! Ja bym... ach-khe, khe-khe. Khe!
Przy tych ostatnich słowach babunia aż się zakrztusiła, przechodząc w chrapliwe, udręczone sapanie astmatyczki. Mętne krople śliny staczały się z jej podbródka i opadały na zwiotczałą pierś – dokładnie w miejsce, gdzie Piotr wcześniej dostrzegł niewielkie otwory. Tymczasem Sowa zyskała wsparcie. Do rozmowy włączyła się panna, również słusznej postury, którą śniady brodacz próbował objąć w pasie krótką łapą. Zalotnik uprzejmie, choć z trudem skrywając znużenie, przytakiwał każdej wypowiedzi swojej lubej.
– A cóż to panią obchodzi, co? Koszałków-opałków nie pleciono, rad nie dawano? Mogłaby pani usta zasłaniać przy kaszlu, znawczyni dobrych manier! – Sądząc po dykcji, panna miała styczność ze stołecznym środowiskiem. Piotr dawno już ochrzcił to plemię mianem powstańców z dachów. Patrzą na wszystkich z góry, język mają cięty, potrafią czapkami nakryć, mierząc prosto w korzeń poprzez gęstwinę liści – wszak z porządnego dachu, poza połacią, czasem niewiele więcej widać. Seniorka sposępniała. Ta pewna siebie, zuchwała wymowa z przeciągłymi samogłoskami, niczym sędziowski młotek, rozbiła w drzazgi starannie wzniesiony mur oszczerstw. Nawet astma ustąpiła.– Ładnie mi wybielają tych drani! – Kwaskowaty zapach, na który chłopak początkowo postanowił nie zwracać uwagi, wyraźnie przybierał na sile. – „Niech was sz-sz-sz…” – Czy to syk uchodzącego z balonu powietrza, czy też szmer kwasu? Oddech zaczął boleć. Teraz kichało i kaszlało już wielu. Przy czym, wbrew wcześniejszym podejrzeniom, Sawieljew musiał przyznać, że źródło tego zapachu pozostawało dla niego nieznane. Zdawało się, iż smród sączy się zewsząd. Żrące, obezwładniające wyziewy czegoś oczywistego, a zarazem bezimiennego. Tak, właśnie bezimiennego, bo przy całym bogactwie ludzkiej wyobraźni istnieją rzeczy, dla których brak słownych odpowiedników. Piotr chętnie zbagatelizowałby tę słabość. Pocieszyłby się, przypisując duszność zwykłej, rozlanej w autobusie marynacie, a nagły paraliżujący lęk – swojej nadmiernej podejrzliwości. Jednak to, co działo się wokół, świadczyło o czymś innym. W gruncie rzeczy to nie był ocet; octowy odór, jako jeden z najbardziej nieznośnych dla Sawieljewa zapachów, po prostu pierwszy wyłonił się z pamięci, kojarząc się z trucizną przenikającą atmosferę.
– Tato, polałeś kapelusz jakimiś brzydkimi perfumami! – jazgotała dziewczynka, może pięcioletnia.
– Co ty za bzdury pleciesz? – odparł elegant w kraciastym garniturze, na wszelki wypadek dotykając ronda nakrycia głowy i ukradkiem wachlując ręką, by skierować powietrze w stronę nosa. – Nie wylewam flakonów na ubrania. I nie tracę pieniędzy na tandetne aromaty, głupiutka. Wstydziłabyś się mówić takie rzeczy przy ludziach. To pewnie te łobuzy przy wyjściu rozpyliły dichlorfos. A dichlorfos akurat rozpoznam bezbłędnie.
– Człowieku, jaki znowu dichlorfos? – wymamrotała stołeczna dama, zasłaniając usta dłonią zza potężnego ramienia brodacza. – Tu od połowy pasażerów cuchnie alkoholem. Dłużej tego nie zniosę, zaraz zwymiotuję. – Jakby na potwierdzenie jej słów brodacz zaniósł się czkawką.
– Możecie sobie mówić, co chcecie, ale zapaszku pomarańczy z niczym nie pomylę – wtrącił się rudowłosy rówieśnik Piotra z pąsowymi wykwitami na szyi i policzkach. – Mam alergię na cytrusy. Spójrzcie, co mi się robi ze skórą!
– A kto odpowiada za stan techniczny tego gruchota?! – ryknął przy tylnych drzwiach drab w sportowym stroju. – Benzyna mu cieknie jak nic, czuję to! – gderał atleta, torując sobie drogę do szoferki poprzez rozpychanie ramionami żywych przeszkód. – Chłopie, hamuj! Dojdzie do nieszczęścia, pójdziemy z dymem! – zapukał w zasłonięte kotarą okienko kabiny kierowcy, po czym przykucnął, chwytając się za gardło.
– Jeszcze jeden pijak! – prychnęła stołeczna. – Na nogach się nie trzyma, a ja się tu duszę od alkoholowego czadu.
Awanturę przerwał komunikat o przystanku. Ledwie wybrzmiało nagranie, autobus zjechał na pobocze i zgasł, szorując bokiem o betonowy słup. Zrazu część podróżnych obległa kabinę kierowcy, skrzydła drzwi wciąż bowiem były zamknięte. Później, gdy w oszołomionych nieznanym gazem ludziach wygasła nadzieja na opuszczenie matni w zwykły sposób – a prowadzący pojazd nie dawał oznak życia – zaczęto wybijać szyby. Kopano je desperacko, okładano laskami i torbami, wzywając ratunku. Pierwsza poddała się oszroniona tafla obok konduktorki. Mimo chaotycznych uderzeń, owa półprzezroczysta tarcza wypadła na zewnątrz w jednym kawałku. Huk, a zaraz po nim kaskada subtelniejszych dźwięków: zetknąwszy się z lodem kałuży, szkło rozprysło się wachlarzem nierównych łódeczek.
Pasażerowie jeden po drugim wyskakiwali przez okno. Jedni natychmiast rzucali się do ucieczki, inni próbowali dodzwonić się do służb ratunkowych, a jeszcze ktoś – silniejszy i obdarzony rycerską naturą – pomagał kobietom oraz dzieciom bezpiecznie zejść na dół. Jak zawsze, szlachetnością wykazały się jednostki. Za to w rwetesie czyjś krzepki łokieć strącił konduktorkę z siedzenia, powalając ją na podłogę z taką furią, że dziewczyna uderzyła potylicą o metalowy drążek.
Dziesięć minut później otumanienie pierzchło, a wraz z nim opustoszał autobus. Wewnątrz pozostała trójka: człowiek, który nie zdołał opuścić kabiny kierowcy, omdlała konduktorka i sam Piotr Sawieljew. Ten ostatni nie potrafiłby odejść choćby dlatego, że widok pracownicy rozpostartej na mokrej wykładzinie prześladowałby go nazbyt długo. Niezgrabna kibić panny, szpetna służbowa narzutka, dziobata cera i... bezbronność – wszystko to jątrzyło się pod jego lewym żebrem, toczyło robakiem sumienia i rozpierało pierś ciężarem przygniatającym serce chłopaka. Fala litości sprawiła, że odrętwienie przeistoczyło się w gorliwość. Student potrząsnął konduktorką, dopytując: „Jak się pani czuje? Halo! Słyszy mnie pani?”. Jej głowa chwiała się bezwładnie. Kilka klepnięć w policzki... i ani śladu rumieńca. – Trzeba zapewnić dopływ tlenu – szeptał Piotr, przywołując w pamięci szkolenia z zasad bezpieczeństwa. Rozpiął kołnierz jej odzienia. Ponownie bezskutecznie. Wówczas młody człowiek, pąsowiejąc z zażenowania, począł luzować pas na biodrach poszkodowanej.
– Zabierz ręce! – ocknęła się nagle. – Nie dotykaj mnie pan!
– Była pani nieprzytomna… – Sawieljew ochrypł. Dolna warga drgała mu nerwowo.
– A pan co, zabrał się za rozbieranie? Sprytnie. No to jak: chciał pan przywrócić mi zmysły czy raczej te zmysły we mnie rozbudzić? – odparła już z figlarnym przekąsem.
– Nie, skądże.
– No, przynajmniej ktoś jest ze mną szczery. Nie kala pan relacji uczuciami.
– Mówi pani dokładnie jak Nastia.
– Jak kto?
– Nieważne. Proszę przestać ironizować. Śmierdziało tu kwasem, autobus zamienił się w komorę gazową. Rzucono panią głową o to, między innymi, żelastwo. Mogła pani doznać wstrząsu mózgu.
– Pogroziłam im policją za tę burdę, dlatego mną rzucili. Żadnego zapachu nie było.
– Jak to nie było?
– Możemy się zwracać do siebie po imieniu. Nina. Prawie jak Nastia, tylko inaczej.
– Bardzo mi miło. Piotr.
– No więc, Piotrek. Od urodzenia mam węch absolutny. Czuję jak pies. – Nina uśmiechnęła się krótko. – Pomijając codzienny bukiet aromatów z tanich perfum, starych ubrań, pasty do zębów, potu, szuwaksu i wódki – niczym nowym tu nie zajeżdżało.
– Naprawdę nic nie czułaś? Inni się zatruwali, wariowali przez...
– Zgadza się. Wariowali – Nina popukała się w skroń.
– Może warto sprawdzić, co z kierowcą?
– Też mu trochę odbiło. – Dziobata westchnęła. – Uwierz mi, widziałam sporo przez te dwa lata. Ciągły stres. Ludzie dziczeją. Kiedyś przynajmniej szyb nie wybijali.
O dziwo, cichy werbel kobiecych palców o ściankę kabiny oraz słowa: „Siemionie Gieorgijewiczu, zasnął pan? Jak kiedyś w niedzielę na moście?” odniosły skutek. Najpierw otworzyły się przednie drzwi. Nina wysiadła. Chwilę później z ulicy dobiegło syknięcie sąsiednich drzwi. Mężczyzna i kobieta gawędzili półgłosem – widać, że coś więcej niż służba ich wiązało.
Za pięć dziesiąta na zegarku. Spóźnienie. Nadmiar pytań, niedostatek sekund, kroków, koncentracji. Gotowe odpowiedzi – na podobieństwo kart ukrytych w rękawie szulera. Duma, pycha podszyta urojonym bohaterstwem. Iwanienko nie uwierzy. A czy to w ogóle się wydarzyło? Zniknęli wszyscy. Książka – jedyny dowód, świadectwo minionych zdarzeń. Broszura Sowy. Poniewierała się rozłożona, grzbietem do góry. Na okładce widniało tłoczenie: „Pieśń nad Pieśniami”. Student uniósł wolumin i obrócił go otwartymi stronami ku sobie. Nawykły do wróżenia z przypadkowych tekstów, tknął palcem w losowe miejsce. Opuszka spoczęła na fragmencie poplamionym błotem:
„Mandragory sieją woń, nad drzwiami naszymi wszelkie owoce wyborne...”
Włodzimierz Alawdin
2013 - 2016 r.
----------
* Zając – potoczne określenie osoby jeżdżącej na gapę, używane w krajach byłego ZSRR.
-------
Aparat: Rolleiflex 2.8D, obiektyw Xenotar 80mm F2.8
Klisza: Rollei RPX 100 / 120