11/02/2026
Dzień 5
Pobudka z widokiem na przepływające przez szczyty gór chmury to trochę inny level kontaktu z naturą. Na gapieniu się w grzbiety drapiące białe obłoki minął nam poranek. Szybkie śniadanko i wyruszyliśmy na trekking — samochody zostawiliśmy pod małym kościółkiem w wiosce.
Szlak wiódł przez malownicze miejsca: górskie potoki, strome zbocza, żwirowe ścieżki, mosty, które lata świetności mają już za sobą. W końcu dotarliśmy pod wodospad — wyglądał pięknie i pozwolił nam na chwilę wytchnienia po dosyć stromym podejściu. Niektórzy nawet zażywali kąpieli.
Ruszaliśmy w dół w kierunku Blue Eye, a w zasadzie w kierunku restauracji na drodze do Blue Eye, w której nasi przewodnicy bywali już wcześniej i mówili, że warto się tam wybrać. No i rzeczywiście było warto — najlepsze grillowane warzywa, jakie dotąd jedliśmy (a jemy je w każdej restauracji). Szybki obiad, piwko i przyszedł czas na powrót.
Wybraliśmy powrót drugą stroną doliny. Trasa prowadziła głównie wąską asfaltową drogą. Po drodze spotkaliśmy Polaków i po chwili rozmowy wymieniliśmy się kontaktem, licząc, że jeszcze złapiemy się gdzieś w Albanii. Dopingowani klaksonami mijających nas na zboczach samochodów ruszyliśmy dalej. Okazało się, że asfaltowa droga jest bardziej ambitna niż szlak, ale daliśmy radę.
W hotelu, gdy reszta doprowadzała się do stanu używalności, ja zrzucałem swoje gigabajty na dysk. Wtedy też poznaliśmy starszą panią z Ameryki. W międzyczasie dołączył Dominik i stwierdziliśmy, że poczęstujemy ją piwem — rozmawialiśmy chyba z półtorej godziny.
Okazało się, że pracuje na amerykańskim SOR-ze w szpitalu i ustawia sobie zmiany tak, że pracuje 15 dni z rzędu, a potem ma kolejne 15 wolnych — i w ten sposób podróżuje. Pomyślałem wtedy, że to wizja na życie nie aż tak różna od mojej.
Po przyjemnej rozmowie i wielu uśmiechach udaliśmy się na kolację z naszą grupą. Tego wieczoru już nikt nie miał siły, żeby posiedzieć, więc solidarnie poszliśmy do pokoi.
Odcinek na YouTube.