13/07/2018
Nie wiem czy wiecie, ale 9 września biorę udział we Wrocławskim biegu PKO, jest to maraton na dystansie 42,5km. Dlaczego ? W sumie kogo to obchodzi. Dobranoc.
Nie no żartowałem, opowiem Wam.
Kiedy wyprowadzałem się do Wrocławia miałem jakieś około 21 lat. Wiecie to był taki czas, w którym czułem się jak większość młodych, gniewnych, niecierpliwych i pełnych ambicji młodych ludzi. Jeszcze z młodocianym zarostem, mlekiem pod nosem miałem odpowiedź na każde pytanie, zabierałem głos w każdym możliwym temacie jaki pojawiał się na forum, a w szczególności po kilku głębszych. W wieku 21 lat wydawało mi się, że wszystko wiem najlepiej, nie uznawałem jakichkolwiek autorytetów, każda starsza ode mnie osoba nie miała dla mnie znaczenia, nie miała żadnej wartości i wiedzy, bo przecież wszystko jest w komputrze, wujek google odpowie na każde pytanie(no jak to Mamo, Tato nie wiecie tego ?). Większość swoich młodych lat spędziłem przy komputerze. Lepszy dla mnie był świat wirtualny, gry komputerowe w szczególności.
Z wielkimi marzeniami o sukcesie(po przeczytaniu kilku książek coachingowych), zbudowaną w głowie wizją na całe życie i na pompowaną pewnością Siebie wyruszałem w świat. Na początku wydawało mi się, że mam wielkie szęście, bo znalazłem pracę w banku gdzie przy 100 godzinach w miesiącu zarabiałem 2500zł, a przede mną rodziła się wielka kariera sprzedawcy i bankowca, miałem wtedy piękną dziewczynę, mieszkanie w centrum miasta, najlepsze ciuchy, perfumy, dość spore oszczędności, w skrócie mogłem wszystko. Pamiętam jak w rozmowie z Mamą przez telefon mówiłem jej jak sobie wszystko zaplanowałem i ile to nie będę zarabiać.
Jak to w życiu różnie bywa z każdym kolejnym dniem, tygodniem i miesiącem wszystko się pieprzyło. Po mimo dobrych umiejętności sprzedażowych praca bankowca i wizja pracy w banku nie sprawiała mi przyjemności. Im dłużej pracowałem w sprzedażym tym miałem mniejszy szacunek do samego siebie, nie widziałem niczego wartościowego w swojej pracy. Z dziewczyną też mi nie szło, przyjaźnie, za które dałbym Sobie uciąć dłoń rozleciały się, a ja z każdym kolejnym dniem czułem się OSZUKANY.
(Zastanawiasz się po cholerę się tak u zewnętrzniam ? W sumie to nie wiem, ja też się zastanawiam, ale jakoś tak ze mnie same wychodzą te słowa. Swoją drogą, siedzę pół nagi w ręczniku po gąrcej kąpieli).
Wracając do tematu młodocianego młodego wilka. Nie pamiętam ile wtedy miałem dokładnie lat, jaka była pora roku czy jakie miałem majtki na sobie, ale pamiętam, że nastąpił wtedy punkt zwrotny w moim życiu. Mój stary świat runął i pierwszy raz dostrzegłem samego Siebie. Siebie zepsutego, narcystycznego, z przerośniętymi ambicajmi, nie dbającego o żadne relacje, z wyobrażeniami na temat świata, ze stuczną pewnością siebie etc. Moje życie zaczęło z każdym dniem przypominać jeszcze większe piękło. Każdego dnia poznawałem siebie jeszcze bardziej, zjadałem z każdym dniem kawałek po kawałku na pozór wyglądający pysznie tort, który w środku był zepsuty.
Zacząłem nad Sobą pracować, szukać możliwości rozwoju. Czytałem jak nigdy wcześniej książkę za książką, oglądałem róznego rodzaju filmy o kulturze wschodu, poznałem czym jest medytacja i maindfulnes. Każde możliwe pieniądze przeznaczałem na warsztaty i szkolenia, zamiast chodzić na imprezy i się upijać, albo palić zioło jak wcześniej, wolałem kupić sobię jakąś książkę, albo pojechać w góry na jakiegoś tripa. Pamiętam, że właśnie w tamtym okresie jeszcze we Wrocławiu mój serdeczny kolega(którego poznałem w pracy w call center, z którego swoją drogą wywalili mnie po 2 tygodniach)zabrał mnie w góry(był to mój pierwszy wypad). Na tym wyjeździe zakochałem się w podróżach. Po raz pierwszy doświadczyłem chodzenia po szlakach, rozmowach z nieznajomymi ludzmi, po czułem klimat jaki panuje podczas wyjazdu czy jak smakuje żurek w schronisku. Od tamtego momentu kiedy tylko nadażyła się okazja razem z przyjaciółmi wyjeżdżaliśmy gdzieś poza miasto. Każdy kolejny wyjazd był dla mnie stresujący, za każym razem jakoś się stresowałem czy bałem, że kogoś nie znam, że będziemy spać na dziko, że lecimy do kraju gdzie będziemy stopować i spać pod namiotem. Mimo to prawie każdy kolejny wolny czas przeznaczałem na tripowanie.
(tak sobie myślę co to ma wspólnego z moim maratonem, w sumie to nie wiem, ale nadal siedzę pół nagi w ręczniku. No dobra zaraz powiąże tematy, cierpliwości).
Po tym całym zwrocie akcji w moim życiu okazało się, że ja nic nie wiem o sobie, nie wiem co lubię robić czy jaką pracę chciałbym wykonywać. Zacząłem poszukiwać odpowiedzi na pytanie 'co chcę w życiu robić'. Stało się to moją obsesją, marzeniem. Niestety pomimo ciągłego nie ustannego myślenia, czytania książek, próbowania nowych rzeczy nadal nie znalazłem odpowiedzi. Ale tak naprawdę to tu właśnie zaczyna się moja podróż i to co mnie najlepszego w życiu spotkało. Pewna osoba, którą spotkałem na swojej dordzę poradziła mi 'Karol, jak nie wiesz co robić w życiu to może zacznij podróżować'. Rada wydaje się dość banalna, przereklamowana, taka w modzie, ale po mimo mojego początkowego sceptyzmu i strachu stwierdziłem, że skoro i tak nie wiem co robić to może warto spróbować. Zrezygnowałem z pracy, wypowiedziałem umowę na mieszkanię, skończyłem studia(no jeszcze tylko obrona) i wyjechałem.
(gdzie ten maraton)
Minął już rok, a przez ten czas skoczyłem na spadochronie, podróżowałem 3 miesiące na stopa samodzielnie po bałkanach, poleciałem samotnie na Islandię gdzie nie miałem żadnych znajomych, rodziny, a po tygodniu mieszkania w namiocie znalazłem pracę i mieszkanie gdzie swoją drogą spędziłem 9 miesięcy. Tymczasem siedzę pół nagi w ręczniku, głodny, w swoim pokoju w północno zachodniej części Norwegii gdzie również przyjechałem w ciemno. Tak sobię siedzę, rozkminiam, myślę i nie wiem no. Nie wiem po co się poraz kolejny uzewnętrzniam, ale wracając do tematu maratonu, o którym w sumie miałem tylko napisać to podczas mieszkania na Islandii uświadomiłem sobie, że czas skończyć z myśleniem co chcę robić w życiu, że czas przestać szukać, a po prostu zacząć działać, robić, próbować, popełniać błędy, uzewnętrzniać się w internecie jeśli najdzie mnie na to ochota no i cieszyć się z tego co jest, z tego co już mam, bo dużo mam i fajnie jest(nie mam na myśli tutaj pieniędzy). Naszła mnie również w związku z tym refleksja, że jeśli chcę robić, działać to przede wszystkim muszę skończyć z lenistwem, marnowaniem czasu i swoim brakiem produktywności. Oglądając relację z maratonu mojego ulubionego youtubera Krzystofa Gonciarza podjąłem decyzję, że wystartuję i przebiegnę maraton, że zrobię coś pierwszy raz w swoim życiu od początku do końca. I tak mi minęły ostatnie 2 miesiące na przygotowaniach, na treningu, na bieganiu. Czy stałem się bardziej produktywny, czy mam więcej energii i czy jestem mniej leniwy ? Ciężko odpowiedzieć na to pytanie, różnie to bywa. Czasami mam okres, że każdego dnia jestem produktywny, a czasami mimo treningów ciągle spię i nie mam energii. Kończąc Kochani to polecam każdemu zrobić sobie coś ponad swoją codzienną rutynę, obowiązki, monotonnię. Może jakieś nowe hobby, zbierania znaczków, sklejanie samolotów, szycie na drutach.
PS. Już wiem dlaczego tak się rozpisałem. To z radości, bo dzisiaj udało mi się po raz pierwszy w życiu przebiec 30 kilometrów :)