11/07/2026
Na zdjęciach znajduje się rodzina Kwiatkowskich. Marianna, Jan, ich córka Helena, oraz syn Stanisław. W 1943 r. cudem udało im się uciec z piekła na Wołyniu. Marianna, to siostra mojej praprababci Anieli.
W 1930 r. Jan zakupił piękne gospodarstwo w Maciejowie na Wołyniu, gdzie wyjechali i odtąd budowali swoje wspólne codzienne życie.
Wszystko runęło w 1943 r., gdy tereny te zaczęły spływać krwią w obliczu masowych rzezi dokonywanych przez Ukraińców na ludności polskiej. Moi bliscy ocaleli niemalże cudem, choć musieli uciekać w pośpiechu, tak jak stali, zostawiając za sobą cały dorobek i inwentarz.
W tych dramatycznych chwilach pomoc nadeszła z zupełnie niespodziewanej strony. Do drzwi Kwiatkowskich zapukał sąsiad – Niemiec. Wiedząc o planowanym ataku na Polaków, postanowił ich ostrzec. Zaproponował, że zabierze ich ze sobą do swojego majątku w okolicach Chełma.
Choć ten gest uratował im życie, rzeczywistość na miejscu okazała się gorzka. Zamiast gościny „wybawca” uczynił z nich swoich służących. Na szczęście po jakimś czasie rodzinie udało się stamtąd uciec.
Chcieli zatrzymać się u rodziny Jana, która, wymęczona latami wojny, ledwo wiązała koniec z końcem. Jednak prawdziwym trudem okazał się nie brak dostatku, lecz brak zrozumienia. Kwiatkowscy zostali posądzeni o ucieczkę z Wołynia z powodu biedy, bo nikt nie chciał im wierzyć w opowieści o potwornościach, do jakich tam dochodziło.
Sposoby jakich używali Ukraińcy nie mieściły się w głowach ludziom żyjącym w centralnej Polsce, którzy twierdzili, że nawet Niemcy i Rosjanie nie stosują takich bestialskich mordów, a przecież już nic gorszego niż ucisk tych dwóch nacji nie może spotkać Polaków...
Po tej trudnej tułaczce, rodzinie udało się w końcu znaleźć swoją przystań pod Łodzią, gdzie zaczęli budować wszystko od nowa, tam przeżyli resztę swojego życia.
Cześć ich pamięci! 🇵🇱