19/09/2025
Pracuję tu już czterdzieści lat. Kostnica jest dla mnie drugim domem. Cisza, chłód, monotonia. Ciała przychodzą i odchodzą, ja tylko pilnuję, żeby wszystko było w porządku, dokumentacja się zgadzała, a szuflady były zamknięte. Nic mnie już nie rusza.
Do dziś.
Otworzyłem worek, jak zwykle – sprawdzić dane, zanotować. I wtedy zobaczyłem go. Twarz… uśmiechnięta. Nie, nie taki grymas pośmiertny, jaki widuje się czasem. To był normalny, ludzki szyderczy uśmiech. A zaraz potem – język wystawiony, jakby robił sobie ze mnie żart.
Zamarłem. Myślałem, że mam halucynacje. Ale on otworzył oczy. Szeroko, jakby dopiero co się obudził.
– No co, kolego? – powiedział ochrypłym głosem. – Nie wyglądam źle, co?
Worek zaczął się poruszać, ciało próbowało się podnieść.
I wtedy zrozumiałem coś jeszcze gorszego: wszystkie inne worki naokoło zaczęły szurać.
Worek podnosił się coraz bardziej, a ja cofałem się pod ścianę, ręce drżały tak, że prawie upuściłem latarkę. Gość wyszedł z folii powoli, z tym samym nienaturalnym uśmiechem. Skóra na szyi była sina, na karku wisiał gruby wisielczy sznur.
– Chłopie, nie masz papierosa? – zapytał, jakbyśmy siedzieli w przerwie na kawę.
Nie odpowiedziałem. Patrzyłem, jak staje na nogi, chwiejąc się, a potem odwraca się w stronę metalowych szuflad. Jedna po drugiej zaczęły drżeć. Najpierw delikatnie, potem coraz mocniej, aż zawiasy jęknęły.
– Długo tu leżeliśmy… ciągnął, wystawiając ten przeklęty język, jakby to była zabawa. – A teraz twoja kolej, żeby się położyć.
Szuranie narastało. Czułem zimno, jakby cała sala nagle zapadła się w lód. Uchwyciłem klamkę drzwi i pociągnąłem, ale… były zamknięte.
Za plecami usłyszałem pierwsze worki rozrywające się od środka.
Worek za moimi plecami pękł z głuchym trzaskiem, jakby ktoś nożem rozciął gruby materiał. Potem kolejny. Zimne stopy zaczęły wysuwać się na posadzkę, bose i sine. Cała sala wypełniła się dźwiękiem szurania, jakby dziesiątki worków oddychały jednym rytmem.
Ten pierwszy, uśmiechnięty, odwrócił się do mnie i kiwnął głową, jakby dawał znak innym. A potem wszystkie oczy w sali otworzyły się jednocześnie. Dziesiątki mlecznych, mętnych źrenic, wlepionych prosto we mnie.
– Czterdzieści lat nas tu zamykasz, – syknął, głos miał niski, przeciągły. Czterdzieści lat zapisujesz nazwiska, jakbyśmy byli tylko numerami w kartotece.
Ciała zaczęły pełznąć w moją stronę, ślizgając się po zimnych płytkach. Uderzały pięściami, drapały paznokciami, a szelest worków zagłuszył nawet bicie mojego serca.
Ostatnie, co zobaczyłem, to dziesiątki rozdziawionych ust, wszystkie szepczące to samo słowo, raz za razem:
– Połóż się. Połóż się. Połóż się.
Nie wiem, jak to zapisać. Drzwi wciąż nie ustępują, a oni są coraz bliżej. Ich ręce są zimne, ale czuję ten dotyk, jakby mi wnikał prosto w kości. Uśmiechają się, każdy, nawet ci z urwanymi szczękami.
Pierwszy stanął nade mną, patrzył tym pustym spojrzeniem i wyszeptał:
– Teraz będziesz jednym z nas.
Upadłem na kolana. Nie mam już siły walczyć.
Czuję, jak materiał worka owija mi się wokół ramion, szyi, nóg… zaciska się, jakby sam żył. Oddycham coraz płycej.
Jeśli ktoś znajdzie te zapiski, nie otwierajcie tej sali. Zostawcie ich w spokoju.
Słyszę ich śmiech. Słyszę trzask zamykanej szuflady.
To… moja…
Epilog
Raport sporządzono trzy dni później. Sala kostnicy została odnaleziona zamknięta od wewnątrz. Drzwi wyważono.
W środku panował intensywny zapach formaliny i wilgoci. Na posadzce leżał przewrócony notes, zapisany chaotycznymi, urwanymi zdaniami. Ostatnie słowa były zamazane, jakby atrament rozpłynął się od wilgoci lub drżącej ręki.
Pracownika nie odnaleziono.
Szuflady były puste... Wszystkie.
Dariusz P.
Trup - Piotr Sklenarski