09/05/2023
Pisałem nieraz, jak bardzo cenię sobie swoje miejsce jako naczelnego fotografa podczas ślubów, wesel, chrztów, czy nawet pogrzebów.�To jak dostać VIP pass, gdzie jestem najbliżej i widzę najwięcej, każdy słodki drobny moment, każdy uśmiech, każdą emocję, każdą łzę.
��Z Sandrą umawialiśmy się wielokrotnie na sesję bardziej kobiecą, ale ciągle coś wypadało i w końcu do tego nie doszło. Domyślam się jak dużym zaufaniem musi obdarzyć kobieta fotografa, żeby się przed nim otworzyła nie tylko pokazując więcej niż normalnie ciała, ale także emocjami i twarzą pozwolić się fotografować.
Gdy zaszła w ciążę prowadziliśmy rozmowy, że może jeżeli się zakwalifikuje na poród domowy, to byłaby szansa, żebym wykonał dla niej reportaż z tego najcudowniejszego momentu ludzkości!
Na moje szczęście, no i oczywiście na jej, przeszła przez kwalifikacje i wstępnie umówiliśmy się na wspólne wyczekiwanie.��Bardzo ważna dla mnie była również zgoda męża, który oczywiście będzie podczas sesji obecny i nie mogę mu przeszkadzać. Znamy się już kilka ładnych lat, więc wiemy czego się po sobie spodziewać i dostałem również od niego zielone światło.��
Byłem obecny podczas 3 porodów swoich dzieci. Pierwszy był jak dla każdego faceta czymś nowym, niepewnym, zaskakującym i błyskawicznym. Na szczęście nie mam obrzydzenia do widoku krwi, czy uzewnętrznionej anatomii człowieka.
Wydaje mi się, że podczas każdego z porodów robiłem zdjęcia, na pewno przy drugim i trzecim dziecku. Nie jest to łatwe, bo nie można być zarówno fotografem, filmowcem i głównym wsparciem dla swojej żony. Jest takie trafne angielskie pojęcie half-ass, czyli takie na pół gwizdka anie tu ani tu nie jest się oddanym w 100%.
Zafascynowały mnie porody i to co wokół nich się dzieje, a możliwość fotografowania czyjegoś porodu pozwala na skupienie się na kadrach i szukanie tych pięknych scen, pokazania realnego bólu, radości i płaczu.��
Chyba najtrudniejsze i najbardziej stresujące w całej tej historii było oczekiwanie na ten telefon, tą wiadomość i stały kontakt z Sandrą. Budziłem się w nocy sam i spoglądałem na telefon. Było to bardzo ekscytujące. FOMO 200% (Fear Of Missing Out jakby ktoś nie wiedział).�Jednak nie żałuję żadnej chwili. ��
To był piękny poród. Atmosfera domu, zero pikania różnych sprzętów, zero jęków zza ściany od innej rodzącej, brak pośpiechu, słuchanie swojego ciała, piękna profesjonalna robota położnych, które wiedziały dokładnie co gdzie i jak. To był poród spontaniczny, więc bez specjalnego parcia, ponaglania, sztucznego przyspieszania. Jak to położne ujęły, że poród wręcz podręcznikowy.
Byłem w pierwszym rzędzie przy każdej fazie porodu i w dodatku en face. Było to kolejne przepiękne przeżycie! Dodatkowo położne wprawione w boju nie odcinały od razu pępowiny, tylko czekały aż urodzi się też łożysko i była możliwość zrobienia zdjęcia noworodka leżącego obok łożyska! Kosmos.�
Jestem przeogromnie wdzięczny i niesamowicie wyróżniony. Dodatkowo dostałem pozwolenie na podzielenie się częścią kadrów z Wami.
Pamiętam, że przed porodem pierwszego dziecka takie zdjęcia dobrze mnie przygotowały czego się można spodziewać. ��Chciałbym zatem tu podziękować bardzo Tobie Sandro i Dawidzie za zaufanie!��
—
�Z czysto technicznego punktu widzenia nie wiedziałem czego się spodziewać, więc miałem ze sobą lampę studyjną z mocną żarówką 100, która dawała ciepłe światło, z beauty dishem z plastrem miody i jeszcze białą blendą, żeby skierować światło i też je ocieplić. Poród miał być w nocy, na kanapie a skończył się w poranek w blokowej łazience, gdzie musiało się wraz ze mną zmieścić 5, a potem 6 osób :) ��
Kolory głownie królują czerń i biel. Jednak paleta skóry matki, płyny, kolor skóry dziecka, kolory pępowiny, temperatura światła łazienkoweg to jest razem taki misz masz, że nie wiadomo na co patrzeć, a monochromia pozwala skupić się na najważniejszym.�ISO wiadomo wysokie 2500 więc pojawia się piach i poruszenia, ale i to jest potrzebne.