16/10/2025
Z września dni kilka, czyli wyprawa do Walencji
Zaciekawiony wysiadam z samolotu i zmieniam środek transportu na metro. Zaczyna się właśnie ostatnia przygoda wakacji 2025. Nie wiem o mieście zbyt wiele, a to rzadkie i niezbyt po mojemu. Tym razem liczę na niespodzianki i wciągnięcie w miejscowe historie, którymi zaskoczą mnie tutejsze ulice. Wychodząc z tuneli na powierzchnię serwuję oczom niemałą ucztę architektoniczną. W drodze do hotelu mijam domy, kamienice, wielkie blokowiska i Miasteczko Sztuki i Nauki – wszystkie zbudowane w zupełnie innym stylu.
Walenckie słońce przebija się przez gałęzie platanów i przypomina, że do końca lata pozostało na szczęście jeszcze trochę czasu. Metropolia atakuje znienacka całą paletą barw: od błękitu nieba i zieleni drzew, przez żółcie, pomarańcze i brązy elewacji, po czerwienie markiz i fiolety kwiatów. Subtelny wiatr znad morza głaszcze słomiane parasole i podrywa piasek z plaży.
Po inauguracyjnym odpoczynku chcę wyruszyć na spacer. Na wzmocnienie idealnie działa café del tiempo. Podziwiam wielkie skrzyżowania i skromne zaułki, wysokie jasne ściany i zacienione przesmyki. Zadziwia mnogość graffiti na murach, oczy cieszą towary oferowane w Centralnej Hali Targowej i na bazarze Colón, a moje plany zmienia nieprzewidziany przelotny deszcz. Odkryciem wieczoru okazują się za to Ogrody Turii.
Walencja uczy kochania codzienności i znajdowania w niej promyków szczęścia, nieważne czy to dziesiąta przejażdżka autobusem linii nr 95, czy też kawa w ukochanej kawiarni blisko placu de la Reina. Zwłaszcza, gdy w chłodnym październiku duszy braknie już tamtego słońca…