11/05/2026
Odkąd zrobiłam te zdjęcia, zastanawiałam się, co właściwie mogłabym napisać.
Tak, żeby było odpowiednio. Delikatnie, prawdziwie. Bez patosu, ale też bez udawania, że to zwykła sesja.
Ostatnio moje życie kręci się wokół słów. Tych dobrze dobranych, ostrożnych, odpowiedzialnych. Wokół słuchania ludzi i opowiadania ich historii... A mimo to przy tym poście poczułam wyjątkową presję, czy dam radę?
Bo na tych zdjęciach są trzy heroski.
Jest Wiki. Dziewczynka, której przyszło żyć z ciężarem choroby, o której trudno mówić spokojnie. Zespołu Retta. Choroby, która zmienia codzienność całej rodziny i łamie serca najbliższym.
Ale Wiki nie definiuje choroba.
Jest dziewczynką pełną czułości, zaufania i miłości do rodziców. Jest dzieckiem, które komunikuje inaczej, ale czuje bardzo mocno. Jest obecnością, która uczy zatrzymania, uważności i tego, że bliskość czasem nie potrzebuje wielu słów.
Jest też mama. Kobieta, która każdego dnia mierzy się z ciężarem diagnozy, strachem, zmęczeniem i odpowiedzialnością, której nie da się odłożyć na później. A jednocześnie skleja świat na nowo. Dla Wiki. Dla Lilki. Dla siebie. Krok po kroku. Dzień po dniu.
I jest Lilka. Siostra, o której historii także trzeba powiedzieć głośno. Bo rodzeństwo dzieci chorujących często żyje gdzieś obok wielkiej walki dorosłych. Uczy się czekać, rozumieć, ustępować. A przecież też potrzebuje uwagi, zachwytu, miejsca, ramion i pewności, że jest widziana.
Lilka jest ważna. Piękna. Potrzebna.
W tej opowieści jest jeszcze Marek. Tata. Ich kotwica.
Ten, który trzyma, kiedy świat chwieje się pod nogami. Który nie zawsze musi być na pierwszym planie, żeby było wiadomo, jak bardzo jest ważny. Bo są takie osoby, które nie potrzebują wielu słów. Po prostu są. I tym „jestem” dają innym siłę.
Dlatego dla mnie to nie była tylko sesja.
To była historia o osobach, które każdego dnia noszą coś bardzo trudnego, każda na swój sposób. O miłości, o sile, która nie zawsze wygląda jak siła. O codzienności, w której obok bólu są też czułość, śmiech, bliskość i małe chwile, dla których warto łapać oddech.
Na tych zdjęciach widzę trzy heroski.
Wiki. Mamę Sandrę. I Lilkę.
Każdą osobno. I wszystkie razem.