20/01/2026
W 1892 roku młody koleżka studiujący na Uniwersytecie Stanforda mocno się martwił jak zorganizować kasę na czesne i życie.
(Nic dziwnego, brak kasy, jest dla studenta wydarzeniem standardowym. Jeżeli ktoś cokolwiek studiował to zapoznał się gruntownie w trakcie tego okresu z parówkami. I parówkami.
I jeszcze parówkami. W wersji hard, gotowanymi w czajniku).
Koleżka był sierotą, jego ojciec umarł na zawał serca, matka na tyfus. Trochę cwaniaczył, ale umiał się w życiu zawsze zakręcić. Dostał się na uczelnię, mimo, że oblał wszystkie egzaminy wstępne, oprócz matematyki.
Studiował geologię, szło mu to mocno przeciętnie. Za to chwytał każdą dorywczą robotę. A to organizował mecze. A to był menadżerem zarówno drużyny futbolu amerykańskiego jak i baseballu.
Wreszcie ze swoimi kumplami, kombinował z koncertami.
Na prostej zasadzie: zamówić artystę. On zagra, sprzeda się bilety na kampusie i się zarobi. Dowiedzieli się, że do San Francisco, za kilka miesięcy przyjeżdża znany pianista. Taki Ed Sheeran tamtych czasów. Tylko nie rudy, bez tatuaży, za to w cylinderku.
Dogadali się z jego agentem i zabukowali termin. Agent pianisty od razu podyktował im stawkę: dwa tysiące dolców. Na tamte czasy ogrom szmalu.
Tyle, że w swoim genialnym planie nie uwzględnili, że robią imprezę w środku przerwy wielkanocnej.
Pianista przyjechał na recital, a na kampusie jeno psy d... szczekały. Niemal wszyscy studenci i wykładowcy wyjechali.
Zamiast kupy kasy, cały przychód wyniósł 1600 dolców.
Koleżka razem ze swoim kumplem, ze skwaszonymi minami poszli do pianisty wyjaśnić mu sytuację. I niosąc hajs i czek, na pozostałe 400 dolców, które mieli jak najszybciej skombinować.
Pianista ich wysłuchał.
Zamiast kopnąć bezczelnych gówniarzy w dupę, tylko się uśmiechnął. Z całej kasy wziął kilka dolców na opłacenie kosztów podróży. Następnie pobrał stu dolarowy banknot, stwierdzając, ze to wystarczy za honorarium. A resztę mają sobie zatrzymać, na to czesne.
Będąc na szczycie okazał gest serca. Zrozumienia. Człowieczeństwa. To wielka rzadkość.
Ten pianista nazywał się Ignacy Paderewski
O koleżce Paderewski szybko zapomniał. Zbyt wiele się działo. Został premierem Polski, to dzięki jego naleganiom w traktacie wersalskim zapisano utworzenie na nowo naszego kraju.
W 1919 roku w Polsce panowała głód i nędza.
Amerykańska organizacja American Relief Administration (ARA) zaczęła przesyłać do Polski żarcie, w sumie ponad 10 tysięcy ton żywności, które rozdzielano z magazynów w Warszawie, Lwowie i Brześciu Litewskim, głównie wśród dzieci i ubogich studentów.
Paderewski pojechał na konferencję do Paryża, gdzie podszedł do szefa ARA, aby mu podziękować.
Gość się odwrócił, uśmiechnął i powiedział: "Nie powinien Pan mi dziękować, Panie Premierze. Może Pan tego nie pamięta, ale kilka lat temu pomógł Pan dwóm młodym studentom w ukończeniu studiów. Byłem jednym z nich”.
Ten koleżka nazywał się Herbert Hoover. I w 1929 roku, został 31 prezydentem Stanów Zjednoczonych.
W życiu często jest tak, że to co dajemy – wraca.
Dajesz dobro, dostajesz dobro. Dajesz g***o – dostajesz tony gówna.
Jeśli uważasz, że ta historia przydatna, podziel się nią dalej.
(na zdjęciu Paderewski)