21/03/2026
Mogłoby się wydawać, że to kadr sesji kulinarnej, których robię tysiące…
Ale to nie była sesja kulinarna…
To było spotkanie z rodziną czteroletniego chłopca.
Chłopca, który jest bardzo mocno chory.
Nie była to też smutna sesja- wręcz przeciwnie- dużo uśmiechu, bo Jędruś jest chodzącym słonkiem ♥️ A dzięki Jego bliskim łapie każdą chwilę pełnią siebie ♥️
I potem padły słowa … że chcieliby, żeby zdążył zobaczyć te zdjęcia…
I wiecie co?
Miałam w sobie taką dziwną myśl, że jeśli będę je oddawać wolniej,
to może… jakby trochę zatrzymam czas.
Wiem, że to nielogiczne.
Ale dokładnie tak czułam.
A później… zwlekałam z oddaniem tych zdjęć jak nigdy…
Długo. Za długo.
Kilka razy podchodziłam do komputera, otwierałam je… i nie byłam w stanie iść dalej.
Wracałam do nich, odkładałam, robiłam przerwy.
Bo w trakcie obróbki po prostu miałam łzy w oczach.
Jako mama dwójki chłopców, po przejściach - utożsamiałam się z Nimi i czułam Ich ból tak bardzo mocno… Wręcz realnie…
Ta sesja bardzo we mnie została.
Bo to przestała być „praca”.
To stało się czymś znacznie więcej.
Zapisem miłości.
Bliskości.
Czasu, który jest tak niewyobrażalnie cenny.
Jest we mnie ogrom emocji.
I taka cicha niezgoda… na to, co spotyka Ich synka.
Mówią, że to mogła być ostatnia taka sesja.
Ale ja… nie chcę w to wierzyć.
Chcę wierzyć, że przed nimi jeszcze wiele wspólnych chwil.
Jeszcze dużo śmiechu, bliskości i zwyczajnych dni, które wcale nie są zwyczajne.
Ta sesja nie była o zdjęciach.
Była o zatrzymaniu tego, co najważniejsze…