07/11/2019
Jako że niedawno obchodziliśmy Święto Zmarłych, dziś dzielę się z Wami fotografią… cmentarną.
To moja przyjaciółka Julia, znana szerzej jako Janina Antonina Faworek.
Na szczęście Julia jest jeszcze żywa (i niech tak zostanie jak najdłużej!!!!).
Fotografia jest wykonana na „Wesołym Cmentarzu” w rumuńskiej miejscowości Sapanta, podczas naszej pełnej przygód trabantowej odysei dookoła Rumunii. O cmentarzu napiszę poniżej, przeczytajcie koniecznie, to bardzo ciekawe miejsce. Teraz jednak najpierw o Julce, bo to ona jest bohaterką dzisiejszego zdjęcia.
Faworkowa z całą pewnością jest Kobietą Jedyną W Swoim Rodzaju. Ma swój styl - jedyny, niepowtarzalny i rozpoznawalny. A jednocześnie jest pełna niewymuszonej swobody i naturalności. Na tyle na ile miałam z nią do czynienia, to zawsze jest sobą, nie gra kogoś kim nie jest, dla mnie jest niesamowicie autentyczna. Czasem bardzo wylewna, czasem zupełnie zatopiona w sobie i niedostępna. Jednego dnia roześmiana, innego zamyślona. A przy tym dusza człowiek. I bardzo mądra babka! Niby cicha, niby skromna, nie rzuca się w oczy tak jak męska, bardziej ekscentryczna część Duetu Antyfaworków, ale to ona jest tym, kto dźwiga na swoich drobnych barkach logistykę, rachunkowość i inne mądre acz trudne i przyziemne rzeczy Antyfaworkowego Teamu.
Nie znam osoby, która by nie lubiła Julki!
Faworkowa też robi zdjęcia. Wspólne focenie z tą osóbką jest niesamowitym doświadczeniem. Obie stoimy przed identyczną sceną, każda z nas ma w ręku aparat i naciskamy spust migawki w tym samym momencie, aby po chwili ze zdumieniem przekonać się, że na karcie pamięci każdej z nas znajdują się zupełnie inne fotografie!
Julka, kiedy robimy wspólne warsztaty fotograficzne? :)
Zdjęcie wykonałam w sierpniu 2015 roku, podczas wspomnianego wcześniej pełnego przygód trabantowego tripu dookoła Rumunii. Tego dnia zatrzymaliśmy się w wiosce o nazwie Sapanta. Tutaj znajduje się jeden z najciekawszych cmentarzy na świecie, a mianowicie: WESOŁY CMENTARZ (Cimitirul Vesel).
Cmentarze jakie znamy to ponure, smutne i pełne powagi miejsca. Ale nie w Sapancie! Tutaj wszystko jest na wesoło i z przymrużeniem oka! Nie znajdziesz tu ani jednego ponurego granitowego czy marmurowego nagrobka. Są za to niebieskie drewniane krzyże, każdy opatrzony pięknym ludowym kolorowym rysunkiem i sarkastycznym (pisanym staro rumuńskim dialektem) wierszykiem. Rysunki, bogato zdobione motywami geometrycznymi i roślinnymi, przedstawiają scenki z życia zmarłego: jak żył, czym się trudnił, jakie lubił rozrywki, albo scenę samej jego śmierci. Wierszyki opisują sarkastycznie życie danego człowieka, czasem wypominają jego wady, czasem chwalą zalety, czasem moralizują. Mamy więc nagrobek miejscowego pijaka, którego z baru wyciąga za fraki śmierć. Widzimy też rolnika, który wbrew tradycji pracował w polu 20 lipca w dzień św. Eliasza. A jak głosi obyczaj, kto nie posłucha, narazi się na gniew Eliasza. Tak też stało się w tym przypadku – nieposłuszny rolnik zginął porażony piorunem. Pozornie interes kręci się tu jak w klasycznym zakładzie pogrzebowym: gdy umiera ktoś z miejscowych, Pop czeka na zgłoszenie się rodziny. Tu jednak podobieństwa się kończą, bo Pop sam decyduje jak będzie wyglądał nagrobek, a także, jaka inskrypcja znajdzie się na pomniku. By dowiedzieć się czegoś więcej o zmarłym, udaje się na stypę, na której tradycyjnie w Rumunii wspomina się anegdoty z udziałem zmarłej osoby. Ale to nie wystarczy, bo rodzina może być nieobiektywna: zaopatrzony w notes Pop chodzi więc po miasteczku i wypytuje o zmarłego, szukając najbardziej charakterystycznych cech, którymi można daną osobę opisać. I choć czasem wbija im pośmiertne szpile, to jeszcze nie zdarzyło się, by jakakolwiek rodzina wnosiła reklamację. Bo zawsze opisuje i odmalowuje prawdziwy obraz zmarłego
Kolorem dominującym na Cimitirul Vesel jest niebieski. Jego charakterystyczny odcień doczekał się nawet własnej nazwy - albastru din Săpânţa, czyli błękit z Săpânţy. Pozostałe kolory to soczyste żółcie, czerwienie, odcienie zieleni oraz biel. Proste, niewysublimowane nagrobki uwieczniają nie tyle rysy twarzy, ale duszę człowieka, zapewniając jej w pewnym sensie nieśmiertelność. Wszystko to na tle pięknych, dzikich Karpat.
A wszystko zaczęło się w 1935 roku... Kilkaset krzyży to dzieło pana Stana Ioana Patrasa, który w tej maleńkiej wiosce pełnił funkcję lokalnego Leonarda da Vinci, będąc zarazem rzeźbiarzem, poetą i malarzem z zamiłowania, a pierwsze krzyże zaczął składać już w wieku 14 lat. Po śmierci Patraşa zastąpił go jego uczeń - Dumitru Pop - który zresztą do dziś mieszka w wiosce i kontynuuje dzieło swojego mistrza.
Podobno radosny stosunek do śmierci został odziedziczony po Geto-Dakach (ludzie zamieszkującym Dację – tereny obecnej Rumunii i Węgier), którzy wierzyli w nieśmiertelność duszy i w to, że śmierć jest jedynie pomostem do lepszego życia. Nie uważali jej za tragiczny koniec żywota, ale za szansę spotkania z bogiem Zalmoksisem.
Oto przykładowy nagrobny wierszyk:
Pod tym ciężkim krzyżem
Biedna moja teściowa spoczywa
Gdyby żyła trzy dni dłużej,
Byłbym w grobie, ona tutaj.
Wy, którzy przechodzicie obok, ludzie,
Spróbujcie jej nie obudzić.
Jeśli do domu wróci,
O głowę mnie skróci.
Ale ja mam plan przebiegły,
Powrót zatem już mniej pewny.
Lepiej więc zostań tu,
Moja matulu.
W 1999 roku cmentarz w Sapancie wpisany został na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Obecnie jest tam około 800 nagrobków.
Mało kto wie, że oprócz oficjalnego Wesołego Cmentarza, stanowiącego swoiste „muzeum”, zadbane i pielęgnowane, z płatnym wstępem, kilkaset metrów dalej jest drugi, ale tym razem dziki, zaniedbany Wesoły Cmentarz. Na mnie ten drugi zrobił większe wrażenie.
W komentarzach wrzucam Wam kilka fotek z tych magicznych miejsc.
Ufff, czy ktoś dotrwał do końca tego przydługawego posta? :)