20/10/2024
Chodzą za mną od jakiegoś czasu te myśli i chyba nadszedł czas, żeby je spisać.
Będzie przydługo, ale polecam wytrwać do końca. Bo najpierw jest trochę o mnie, a później trochę o Was 😉
Od zawsze żyłam w świecie, w którym to, co wartościowe, imponujące, ważne, wiązało się nierozerwalnie ze słowem ARTYSTYCZNY. Zawsze byłam tą dziewczynką z duszą artystki. Większość zajęć dodatkowych była związana ze sztuką. Plastyką, muzyką, tańcem, teatrem... Marzyłam o pracy, w której będę się realizować artystycznie i byłam przekonana, że to ona będzie mnie definiować.
To przekładało się także na fotografię. Kto zgadnie, jaką fotografią chciałam się zajmować? Oczywiście - artystyczną! Uczyłam się w Związku Polskich Artystów Fotografików, gdzie spędziłam kilkaset naprawdę cudownych godzin w ciemni fotograficznej. Wszystko tam miało twórczą aurę. Wkładając do wywoływacza mokry papier, na którym przed chwilą naświetliłam swoje zdjęcie, czułam się prawdziwą artystką. Ale gdzieś pomiędzy wykładami, wystawami i robieniem portretów w studiach fotograficznych zaczęło mi towarzyszyć poczucie, że coś mi nie idzie. Robiłam wtedy głównie sesje aktorom i fotografowałam spektakle teatralne, bo jakoś tak wyszło i tak się poniosło. Tyle że było naprawdę niewiele zdjęć, z których byłam zadowolona. Większość była nie moja, tylko czyjaś, bo o takie zdjęcia mnie poprosił.
I przyszedł taki moment, kiedy zadałam sobie pytanie, jakie ja bym CHCIAŁA robić zdjęcia? Co może być moje. W czym się czuję. Gdzie jest mój świat? I pomyślałam sobie, wtedy jeszcze bardzo nieśmiało, że zawsze uwielbiałam dzieci i dobrze się z nimi dogadywałam, może spróbuję pójść w tę stronę? Może jakieś sesje rodzinne? Tylko że... no właśnie. Czy one są artystyczne? Czy to jest twórcze? Czy to nie jest chałturka? Takie zwyczajne zdjęcia rodzin... Ale spróbowałam. Zapytałam przyjaciół, czy mogę wpaść do nich do ogrodu zrobić im zdjęcia, żebym miała coś do pokazania i... i chyba po prostu dojrzałam. Dojrzałam do szczerości, do przyznania się przed samą sobą i przed innymi, że tamtego nie umiem, ale to umiem! W tym jestem dobra, to mi daje radość i satysfakcję, te zdjęcia to ja.
I nie są to zdjęcia artystyczne, bo nie muszą być! Mogę być zadowolona z czegoś, czego nie powieszę w galerii sztuki, nie zrobię wernisażu, nie opowiem historii tego projektu z winkiem w dłoni! WOW! Co za wolność!!! To jest naprawdę uwalniające, dostrzegać radość i spełnienie w zwykłych rzeczach.
Dziś te zwykłe życia zwykłych rodzin (w tym mojej) to dla mnie ta prawdziwa sztuka. Sztuka bycia żoną/mężem, rodzicem, sztuka cierpliwości, miłości, odpuszczania, rozmawiania, dawania, przyjmowania. Sztuka przeżywania swojego życia pięknie, godnie, z pokorą. Sztuka zatrzymywania w kadrach zwykłego życia w taki sposób, żeby wszyscy dostrzegli, jak niezwykłe ono jest! Jak niezwykle jesteśmy obdarowani - mamy rodzinę!
Dziś mam mnóstwo wystaw - w Waszych domach.
I mogę nawet umówić się z Wami na to winko, ale historię TYCH Projektów opowiecie mi Wy ❤️