16/08/2018
Mongolia na sam koniec nas zaskoczyła. Raz pozytywnie, raz negatywnie. Po naszych perypetiach z pociągiem, pojechaliśmy w stronę chińskiej granicy niestety autobusem. Okazuje się, że w Mongolii w cenie biletu na dalekobieżny autobus jest... posiłek w knajpie po drodze. Krajobraz za oknem w Mongolii zasadniczo się nie zmienia. Zaraz za Ułan Bator są jeszcze jakieś góry, a potem równina po horyzont. Przez całe godziny nic się nie zmienia – widać morze trawy, z którego co kilkadziesiąt kilometrów wyrastają wsie, miasta, kopalnie, zakłady przemysłowe albo stacje kolejowe w środku niczego. I stada owiec, kóz, koni, wielbłądów i jaków - często bez jurty w zasięgu wzroku. O ile rozumiem dziko biegające konie i wielbłądy, to nie słyszałem o stadach dzikich kóz czy owiec. Jaki oni ogarniają te zwierzęta, kiedy nie mają ich w zasięgu wzroku? A wzrok na stepie sięga nie wiadomo dokąd. Nie mając punktu odniesienia, właściwie nie wiadomo jakie dzielą nas odległości od horyzontu. A sama droga biegnie na przykład przez godzinę bez żadnego zakrętu. Ruch samochodowy znikomy (w przeciwieństwie do zapchanych wylotówek z Ułan Bator).
Podróżowanie autobusem, poza tym, że jest niewygodne, nie sprzyja integracji. W pociągu ludzie siedzą naprzeciw siebie i patrzą, więc sprzyja to interakcji – korci człowieka, żeby odezwać się do tej twarzy z naprzeciwka i poznać, co myśli, co ma do powiedzenia. W autobusie siedzi się tyłem do reszty, więc sprzyja to spaniu, czytaniu, patrzeniu w komputer kieszonkowy czy przez okno. I w takim klimacie dojechaliśmy do granicy. A tam Pani nie znając żadnego obcego języka pokazuje, że mamy zapłacić około 5000 tugrików, czyli niby tylko 7,5zł, ale nie wiadomo za co. Zapłaciliśmy wcześniej za wizę, a tu nam każą zapłacić jeszcze parę groszy na granicy? Co ciekawe tę opłatę wznoszą również mieszkańcy kraju, tyle, że w kwocie 5 razy mniejszej. Swoją drogą pierwszy raz się z czymś takim spotkałem, żeby płacić coś przy opuszczeniu kraju. Niemniej jednak na granicy gładko, bez trzepania przez żadną ze stron. Rozbrajają mnie jednak te dziwne papierkowe formularze, na które nikt nie potem zwraca uwagi. Człowiek podał wcześniej swoje wszystkie dane we wniosku wizowym, na granicy robią zdjęcie i każą zostawić odciski palców, ale jeszcze trzeba wypełnić świstek z podstawowymi danymi typu dane osobowe, cel podróży i jej powód itd. Korci mnie zawsze, żeby powpisywać tam jakieś głupoty, np. w polu „miejsce pobytu”.
W pierwszym mieście chińskim udaliśmy się na dworzec kolejowy, ale tam się okazało, że najbliższe wolne miejsca na pociąg są na... 23 sierpnia. Generalnie od początku wszystko jest tu inaczej. Piotrek poprosił o pomoc policjanta z nadzieją, że ten zna angielski choćby w podstawowym stopniu. Ten pomógł nam dogadać się z lokalnymi taksiarzami na transport do „sleeping busa”, ale przy okazji zadał całą serię pytań: skąd jedziemy? dokąd? ile osób? kiedy wracamy? co chcemy obejrzeć? gdzie mieszkamy? itd. itp. Gdy Piotrek go spytał, po co mu te informacje, skoro tylko pytamy jak się dostać do Pekinu, usłyszał krótką, rzeczową i oczywistą odpowiedź: „ponieważ jestem policjantem”. Przed dworcem stała grupa ludzi, która wyglądała w zasadzie na nie wiadomo co. Żadni nagabywacze ani taksiarze. Grupa ludzi stojąca na pustym placu jak jakaś dekoracja albo statyści. Okazało się, że czekali oni na swych krewnych, bo w Chinach na peron można wejść tylko z biletem. Część ludzi zawiązywała przyjezdnym czerwone chusty na szyi i częstowała herbatą.
Wydawało się, że z pomocą policjanta wszystko jest dogadane i jedziemy tylko na dworzec do autobusu. Tymczasem wyjechaliśmy z miasta na autostradę, potem na boczną drogę, potem zrobiło się ciemno, potem minął czas odjazdu autobusu, a my gdzieś jedziemy dalej. Z taksiarzem nic nie szło się dogadać, bo on tylko po chińsku. Przed myślą, że to jest lipa i staniemy się zaraz dostawcami organów albo personelem burdelu, powstrzymywało nas tylko to, że wszystko odbyło się za pośrednictwem policjanta. Finalnie typ zawiózł nas na autobus do miasta oddalonego jakieś 200km dalej, a wcześniej jeszcze kazał poczekać kierowcy. „Spalny” autobus (jak to mówią nasi towarzysze po filologii rosyjskiej) to jest totalny hardkor – ciasno, głośno, trzęsie, klima raz chodzi na full, potem znów jest sauna. A mnie jeszcze trafiła się przyjemność spania na dodatkowym miejscu, skleconym naprędce, wciśniętym między normalne łóżka o i tak nie największych rozmiarach. Jak się położyłem na brzuchu albo plecach (a tylko tak mogę zasnąć), to mi drabinki ściskały żebra. Gdy dojechaliśmy na miejsce o 6 rano, nikt nas nie obudził, tylko tak sobie spaliśmy w autobusie przy jakiejś bocznej ulicy w Pekinie.
Pekin mnie totalnie zaskoczył. Bardzo czysto, ulice obsadzone drzewami, zieleń wciśnięta, gdzie się da, na każdy wolny skrawek terenu, wszędzie drogi i pasy rowerowe. Rowery publiczne są kilku firm i jest ich cała masa. Dominują takie bez stacji bazowych, które zostawia się po prostu tam gdzie chce. I prawie nie ma słynnych azjatyckich pajęczyn z kabli. Dalsze dzielnice wyglądają zupełnie jak Warszawa czy nawet Oslo (przynajmniej z okien autobusu). Jedynie centrum ma wybitnie azjatycki charakter. My w ogóle mamy szczęście mieszkać w dzielnicy hutongów, tradycyjnych chińskich domów, których większość usunięto przy okazji olimpiady. Oczywiście te co zostały, są już odnowione, ale jak się wejdzie w wewnętrzne ulice to klimat jest. Co ciekawe bardzo często są tam toalety publiczne – jakby w domach ich nie było?
Zaskoczyło nas też pierwsze zderzenie z kuchnią chińską. Weszliśmy do pierwszej knajpki, pokazaliśmy ze zdjęć co chcemy zjeść. Ja wziąłem jakieś pierogi, które okazały się być z jajem i szczypiorkiem. W sumie na śniadanie jajecznica po chińsku – czemu nie? Reszcie udało się ustalić co jest „cziken” i dostali kawałki kurczaka pocięte razem z kośćmi jakby go przepuścili przez piłę łańcuchową. Drugi lokal oferował zupę z dowolnymi składnikami. Najpierw wybraliśmy składniki (ja wrzuciłem wszystko czego nie znałem, głównie były to grzyby), potem zabrali to na zaplecze i przynieśli po kilku minutach zalane wywarem oraz pastą smakującą centralnie jak tahini. Niestety u części ekipy posiłek ten wywołał jeszcze większe zaskoczenie i rozczarowanie następnego dnia rano (nawet do pięciu razy), ale to już daruję Wam opis tego. Do tego w knajpach są dwie śmieszne sytuacje. Wchodzimy, widzą przecież, że białasy i dają nam kartkę z menu po chińsku. Z kolei w tych lepszych z obsługą kelnerską, stół jest sprzątany jak na jakiejś kreskówce – podchodzi obsługa i zawija obrus ze wszystkimi naczyniami i resztkami i wynosi to na zaplecze :o
W Chinach z jednej strony wszystko w miarę ogarnięte - na pierwszy rzut oka, czysto, super infrastruktura, ale mentalnie to dzicz i trzeci świat. Patrzą się na nas jakby ulicami szły pandy, plują na każdym kroku poprzedzając to sążnistym charczeniem z głębi trzewi, jarają gdzie się da i ciągle nam coś proponują, tylko nie wiadomo co, bo zagadują nas po... chińsku. No bo mało kto zna choćby podstawowe zwroty w angielskim. Chcesz wyjść za potrzebą podczas jazdy autobusem – no problem, kierowca zatrzymuje się i walisz z tyłu pojazdu. Do tego próbują zmieniać cenę już po przyklepaniu transakcji, bo rzekomo w ciągu godziny juan spadł o 0,40 USD. Ale fajne jest to, że pomimo tego całego rozwoju utrzymują się tu tradycyjne działalności rzemieślnicze. Na przykład przed restauracją można spotkać Pana na rowerze z całym zestawem kamieni, który ostrzy noże i tasaki. Widać też, że zaczynają stawiać na ekologię. Na polach stoją turbiny wiatrowe, po Pekinie jeździ mnóstwo trolejbusów, a cała masa tych ich skuterków (również towarowych), riksz, tuk-tuków czy nawet takich mini samochodów jest już elektryczna. Zaczynają też dbać o bezpieczeństwo na drogach – jest mnóstwo fotoradarów, co ciekawe niektóre oślepiają kierowców, ostrym światłem skierowanym prosto w oczy. Nie pędzą tu na złamanie karku, ale ciągle się gdzieś wpychają. Wyprzedzanie na autostradzie prawym pasem to norma. A przejście pieszo na drugą stronę ulicy to już wyczyn kaskaderski.
Inne ciekawostki:
w hostelu są pokoje damskie i męskie; chcieliśmy się dogadać jakoś na zamianę, ale się nie udało;
walutę obcokrajowcy mogą wymienić tylko w Bank of China;
gotówka i karty to już przeżytek – wszyscy płacą na pomocą aplikacji, której nazwy Wam nie zdradzę, bo jest napisana po chińsku. Płaci się poprzez skanowanie kodu QR umieszczonego w punkcie usługowym. Jak wyskakujemy z banknotów to albo nie mają jak wydać, albo znikają na zapleczu w poszukiwaniu gotówki;
najtańszą wódę (i to 52%) w sklepie znalazłem już za 7,5 juana (1 juan to 0,54 zł), ale nie odważyłem się kupić. Wziąłem jakiś wypas w metalowym pudełku za około 15zł. OCHYDA. Tego się nie da pić absolutnie. Poza tym są też wódki z plastikowych baniakach po 3 czy 5 litrów, takich jak u nas woda mineralna;
w toaletach publicznych oczywiście dziury z przegródkami i bez drzwi oraz brak umywalki i papieru toaletowego (!). U nas w hostelu są na szczęście sedesy, ale papier jest na zewnątrz, już poza kabiną (?);
chińskie samochody nie wyglądają już tandetnie, nie odstają już wyglądem od światowych trendów. Ciągle jednak widać podróbki znanych modeli;
Człowiek Sokół